<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>MDG&#039;s</title>
	<atom:link href="http://pl.youth4world.com/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://youth4world.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Thu, 05 Aug 2010 16:40:57 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Matka Teresa jest symbolem jednoczącym Albańczyków</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/uncategorized/matka-teresa-jest-symbolem-jednoczacym-albanczykow</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/uncategorized/matka-teresa-jest-symbolem-jednoczacym-albanczykow#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Aug 2010 16:40:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=985</guid>
		<description><![CDATA[Z Matki Teresy jest dumny każdy Albańczyk, niezależnie od wyznania &#8211; mówi w rozmowie z KAI abp Rrok Mirdita, metropolita Tirany-Durrës. 26 sierpnia przypada setna rocznica urodzin założycielki Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości. Rozmowa z abp. Rrokiem Mirditą, metropolitą Tirany-Durrës, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Albanii. KAI: W jaki sposób społeczeństwo albańskie przygotowuje się do obchodów setnej rocznicy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/08/mteresa1.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-987" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/08/mteresa1-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a></strong></p>
<p><strong>Z Matki Teresy jest dumny każdy Albańczyk, niezależnie od wyznania &#8211; mówi w rozmowie z KAI abp Rrok Mirdita, metropolita Tirany-Durrës. 26 sierpnia przypada setna rocznica urodzin założycielki Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości.</strong></p>
<p><strong><span id="more-985"></span></strong></p>
<p>Rozmowa z abp. Rrokiem Mirditą, metropolitą Tirany-Durrës, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Albanii.</p>
<p>KAI: W jaki sposób społeczeństwo albańskie przygotowuje się do obchodów setnej rocznicy urodzin Matki Teresy?</p>
<p>– Główne uroczystości związane z setną rocznicą urodzin Matki Teresy są przewidziane na 26 sierpnia. Centralna Msza św. zostanie odprawiona w kościele w Vau-Dejes w diecezji Sape na północy kraju, ponieważ w tej miejscowości jest jedyny w kraju kościół pod wezwaniem bł. Matki Teresy. Na pewno będzie obecny cały episkopat albański i spodziewamy się wielu wiernych.</p>
<p>KAI: Czy są też przewidziane państwowe obchody tej wielkiej rocznicy?</p>
<p>– Tego samego dnia, kiedy Kościół zaplanował Mszę św. w Vau-Dejes, rząd chce na Placu Matki Teresy w Tiranie otworzyć Memoriał poświęcony Wielkiej Albance. Ma to być rodzaj alei wyłożonej kamieniami ofiarowanymi przez głowy państw w hołdzie Błogosławionej, która swoje życie poświęciła najbiedniejszym. Szkoda, że zabrakło koordynacji. Episkopat nie będzie mógł uczestniczyć w tej inicjatywie. Nie wiemy też, kto będzie reprezentował rząd na Mszy św. w Vau-Dejes.</p>
<p>KAI: Matka Teresa urodziła się w Skopje. Czy jest przewidziana współpraca z Macedonią w obchodach rocznicy urodzin Matki Teresy?</p>
<p>– Z Macedonią nie współpracujemy. Wiemy, oczywiście, że gdy Matka Teresa otrzymała pokojową nagrodę Nobla było podkreślane jej miejsce urodzenia – Skopje, stolica Macedonii. Ale Matka Teresa zawsze czuła się Albanką i wiem, że do ostatnich swoich dni, prywatnie modliła się po albańsku.</p>
<p>Zakończenie obchodów rocznicy przewidujemy w Kosowie. 6 września w Prisztinie, stolicy Kosowa, jest przewidziane poświęcenie kościoła pw. bł. Matki Teresy. Świątynia nie jest jeszcze ukończona, ale już będzie mogła służyć celom kultu.</p>
<p>KAI: Dlaczego w Kosowie?</p>
<p>– Rodzice Matki Teresy pochodzili z Prizren, drugiego pod względem wielkości miasta Kosowa, na południowo-zachodnim krańcu kraju, niedaleko granicy albańskiej. Po ślubie przeprowadzili się do Skopje w poszukiwaniu pracy, a potem do Tirany. Musimy pamiętać, że Matka Teresa urodziła się w 1910 r., zaś Albania uzyskała niepodległość w 1912 r. W roku jej urodzin cały ten region znajdował się pod dominacją turecką i nie było obecnych granic, natomiast we wszystkich miejscach związanych z rodziną Matki Teresy mieszkali Albańczycy.</p>
<p>KAI: Kilka miesięcy temu dość dużo, przynajmniej w Polsce, mówiło się o prośbie rządu albańskiego skierowanej do władz Indii o przekazanie prochów Matki Teresy do jej ojczyzny&#8230;</p>
<p>– Tak, pamiętam o tym. Jednak ta inicjatywa rządu nie była konsultowana z Kościołem w Albanii. Nie potępiamy idei sprowadzenia prochów Matki Teresy, ale wiemy, że taka prośba jest nierealna do spełnienia. Byłem z episkopatem albańskim na pogrzebie Matki Teresy i wiem, kim ona jest dla Indii. Poza tym trudno sobie wyobrazić Matkę Teresę bez Kalkuty i Kalkutę bez Matki Teresy. Tam wypełnił się sens jej posługi.</p>
<p>Mamy nadzieję, że z czasem sprowadzimy relikwie Matki Teresy. Tak na przykład było z bł. Damianem de Vesteurem, który zmarł posługując trędowatym na wyspie Molokai na Hawajach. Tam został pochowany, a do Belgii później sprowadzono jego relikwie. Jest to jednak jeszcze kwestią czasu.</p>
<p>KAI: Kim jest Matka Teresa dla Albańczyków?</p>
<p>– Najkrócej mówiąc – symbolem jednoczącym Albańczyków. Musimy pamiętać, że chrześcijaństwo nie jest religią dominującą w Albanii. Większość stanowią muzułmanie. Oczywiście, zawsze pozostaje zagadnieniem, na ile są to muzułmanie praktykujący, ale statystyki wyraźnie wskazują dominację islamu w kraju. Niemniej tak się składa, że dwiema najważniejszymi postaciami historycznymi z Albanii są katolicy. Pierwszą jest Skanderbeg, drugą Matka Teresa.</p>
<p>Skanderbeg to możnowładca, który żył w XV w. Można go porównać do polskiego króla Jana III Sobieskiego, ponieważ tak jak on walczył z Turkami. Jest on symbolem jednoczącym naród albański.</p>
<p>Z Matki Teresy też każdy Albańczyk jest dumny niezależnie od wyznania. Zachwyca jej pokorna służba ubogiemu człowiekowi.</p>
<p>KAI: Jaka jest rola Kościoła katolickiego w Albanii?</p>
<p>– Właśnie takie postaci jak Skanderbeg czy Matka Teresa podnoszą rangę Kościoła katolickiego w Albanii. Mimo, że katolicy stanowią kilkanaście procent społeczeństwa, to Kościół ma bardzo wysoką pozycję, głównie dzięki swojemu zaangażowaniu społecznemu i wkład w rozwój kultury. Jest ceniony za to, co robi na polu edukacji i zdrowia. A może tego dokonać przede wszystkim dzięki zaangażowaniu misjonarzy, którzy przyjeżdżają z zewnątrz. Służą oni wszystkim. W szkołach prowadzonych przez Kościół mamy niekiedy ponad 80 proc. dzieci muzułmańskich. Szpitale też są otwarte dla wszystkich. Szczególnie w tych dwóch dziedzinach, z którymi państwo sobie nie radzi, bardzo dużo robi Kościół katolicki.</p>
<p>Nie można zapomnieć o wielkim dziele Kościoła, jakim jest Caritas. Ona jest zawsze obecna, gdy ludzie potrzebują pomocy. Tak było w czasie konfliktu kosowskiego, kiedy do Albanii przybyło sto tysięcy uchodźców. Dla tak małego kraju jak Albania to poważne wyzwanie. Niedawno Albania przeżyła katastrofę autobusu, który spadł do przepaści. Zginęło kilkanaście osób. Caritas była pierwszą organizacją, która pospieszyła z pomocą rodzinom ofiar. Społeczeństwo to docenia.</p>
<p>KAI: Czy jednak Kościół ma szansę szybko się usamodzielnić i oprzeć się na rodzimym duchowieństwie?</p>
<p>– To będzie trudne. Jest już co prawda nowe seminarium, w dużej mierze sfinansowane przez niemiecki episkopat, ale brakuje powołań. Najpoważniejszą przeszkodą dla powołań jest emigracja. Mnóstwo młodych ludzi i całe rodziny emigrują, głównie do Włoch i do Grecji.</p>
<p>Oddziałują tutaj również uwarunkowania z przeszłości. Pamiętajmy, że Albania ponad 500 lat znajdowała się pod dominacją turecką i stopniowo zmuszano jej mieszkańców do przechodzenia na islam. Konwertyci otrzymywali dobre ziemie, mieli prawo noszenia broni, byli zwalniani z podatków. Każda rodzina chrześcijańska musiała oddać jednego syna do wojska tureckiego. Chrześcijanie byli więc coraz bardziej wypierani w góry, by chronić się przed prześladowaniami. Dlatego teraz w północnej, górzystej części Albanii, mamy najwięcej katolików, ale jest to też najbiedniejsza część społeczeństwa, a to z kolei zachęca do emigracji.</p>
<p>KAI: A co Kościół albański może ofiarować Kościołowi powszechnemu?</p>
<p>– Przede wszystkim lekcję wierności w prześladowaniach. Musimy wiedzieć, że Albania była pierwszym i jedynym państwem, którego przywódca Enwer Hodża ogłosił jako w pełni ateistyczne. Wszystkie wyznania: islam, katolicyzm, prawosławie i bektaszyzm [muzułmańskie bractwo mistyczne – KAI] były prześladowane, ale w 1967 r., kiedy ogłaszał powstanie państwa ateistycznego, stwierdził, że właśnie katolicyzm z czterech dominujących wyznań w Albanii jest najbardziej niebezpieczny. Musimy mu złamać kark – mówił do swoich towarzyszy. Katolicyzm był według niego niebezpieczny, ponieważ miał jasną, mocną i hierarchiczną strukturę, duchowieństwo było dobrze wykształcone, często na zagranicznych uczelniach, i miał oparcie w Watykanie. Tylko 33 katolickich księży przeżyło czas komunizmu. Nie było nawet szans na tworzenie podziemnych struktur Kościoła. Mimo to Kościół przetrwał wierny katolickiej doktrynie i Ojcu Świętemu.</p>
<p>KAI: Jak teraz się układają relacje z państwem?</p>
<p>– Bardzo dobrze. Jak wcześniej wspomniałem, Kościół cieszy się dużym szacunkiem. Bardzo trudną kwestią jest restytucja zabranych prze państwo dóbr materialnych. Każde wyznanie ma z tym problem. Za czasów komunizmu w Albanii w ogóle nie było własności prywatnej. Powrót do stanu sprzed komuny jest niemożliwy. Państwo jednak wychodzi nam naprzeciw w przekazywaniu gruntów. W Tiranie mamy ogromny teren, na którym stoi katedra i zabudowania kurialne. Około 5 hektarów otrzymali salezjanie w Tiranie, gdzie postawili wspaniały kompleks szkolny. Trzeba to docenić, szczególnie, gdy muzułmanie, chociaż są religią dominującą, nie otrzymali terenu w stolicy, aby odbudować główny meczet.</p>
<p>Rząd w ramach rekompensaty był też gotowy wypłacać pensje duchowieństwu, ale episkopat nie wyraził na to zgody. Boimy się, że może to być źle odebrane przez wiernych. Prowadzimy natomiast negocjacje, aby państwo płaciło nauczycielom w szkołach katolickich czy pracownikom kurialnym. Ale jest to na razie na etapie negocjacji.</p>
<p>Rozmawiał ks. Jerzy Limanówka SAC (KAI Tirana)</p>
<p>Źródło: www.ekai.pl</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/uncategorized/matka-teresa-jest-symbolem-jednoczacym-albanczykow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Finał Przystanku Młodzi: Głowy pełne pomysłów</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/uncategorized/final-przystanku-mlodzi-glowy-pelne-pomyslow</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/uncategorized/final-przystanku-mlodzi-glowy-pelne-pomyslow#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 18 Jul 2010 10:38:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=965</guid>
		<description><![CDATA[To wyróżnienie jest niczym wiatr w żagle. Czujemy, że nie jesteśmy sami, że mamy wsparcie, a to, co robimy, ma sens.Ta nagroda dodaje nam siły do dalszej pracy, która nie jest łatwa &#8211; mówi Kamil Kamiński z Fundacji Ocalenie w Łomży, jeden z supertrójki wyróżnionych w &#8220;Przystanku Młodzi&#8221;. Kolejni to Damian Kudzinowski z białostockiej klubokawiarni [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="font-weight: normal;"><span style="font-weight: normal;">To wyróżnienie jest niczym wiatr w żagle. Czujemy, że nie jesteśmy sami, że mamy wsparcie, a to, co robimy, ma </span></span><span style="font-weight: normal;"><span style="font-weight: normal;">sens.</span></span><span style="font-weight: normal;">Ta nagroda dodaje nam siły do dalszej pracy, która nie jest łatwa &#8211; mówi Kamil Kamiński z Fundacji Ocalenie w </span>Łomży, jeden z supertrójki wyróżnionych w &#8220;Przystanku Młodzi&#8221;.</p>
<p><span id="more-965"></span></p>
<p><span style="font-weight: normal;">Kolejni to Damian Kudzinowski z białostockiej klubokawiarni Kopiluwak oraz Adam Pogorzelski z Fundacji Miasto w Suwałkach. To oni otrzymali specjalne wyróżnienia (nagrodą jest promocja ich działalności na citylightach, czyli na plakatach reklamowych), spośród całej dziesiątki, jaką nagrodziliśmy &#8220;Świadectwami Otwartego Umysłu&#8221;.</span></p>
<h4><span style="font-weight: normal;"></p>
<p>Kamil Kamiński z Fundacji Ocalenie w Łomży, która pomaga Czeczenom i walczy o utrzymanie tamtejszego ośrodka dla uchodźców, o kolejnych projektach może opowiadać godzinami. &#8211; Przed nami spotkania i warsztaty poświęcone kulturze czeczeńskiej oraz życiu uchodźców w Polsce. Na koniec Ramadanu planujemy plenerową imprezę na rynku miejskim w Łomży poświęconą kulturze islamu. Wybiegając w przyszłość, na rok 2011 szykujemy projekt będący elementem szerszej kampanii społecznej mówiący o tym, jak doszło do tego, że uchodźcy są w Łomży. Chcemy tłumaczyć ludziom, że nie przyjechali tu za pracą jak wiele osób myśli, ale uciekając przed wojną, w której niejednokrotnie stracili kogoś bliskiego &#8211; opowiada Kamiński.</p>
<p></span></h4>
<p><span style="font-weight: normal;">Z nagrody się cieszy, bo ta daje mu i ludziom z fundacji siły do dalszej pracy. A ta nie jest łatwa.</span></p>
<p>- Sytuacja w Łomży jest złożona. Są tutaj ludzie, którzy nas wspierają i kibicują. Ale są też osoby nieprzychylne, którym mieszkający tu Czeczeni w czymś wadzą. Jest też grupa, która po prostu lęka się przed nieznanym i kiedy widzi grupę mężczyzn mówiących w obcym języku, to nie wie, co o tym myśleć. Im też chcemy tłumaczyć, że nie jest to naród dziki. Że są to normalni ludzie, mający ciekawą i piękną kulturę &#8211; dodaje Kamil Kamiński.</p>
<p>Damian Kudzinowski z klubokawiarni Kopiluwak oraz Stowarzyszenia Fabryka Bestsellerów dziękuje za ciepłe słowa i wyróżnienie w &#8220;Przystanku&#8221;. I podpowiada, że fajnie byłoby, gdyby tegoroczni laureaci zrobili wspólny projekt, który odwiedzi każde z ich miast.</p>
<p>- Bardzo podoba mi się ta idea i rzecz jasna jesteśmy na to otwarci &#8211; komentuje Adam Pogorzelski z Fundacji Miasto w Suwałkach. I dodaje: &#8211; A jeżeli chodzi o działalność naszej fundacji, to oczywiście będziemy kontynuować nurty, którymi podążamy obecnie. Chodzi m.in. o ścieżkę wydawniczą, czyli nasz kwartalnik &#8220;Kultura Miasta&#8221;, chcielibyśmy go rozbudować o debaty. Ścieżkę filmową realizowaną przez nas ze sporym powodzeniem. Chcemy młodym ludziom poprzez film pokazywać, czym jest miejskość i kultura miasta. Obecnie szykujemy się do projektu &#8220;Człowiek z kamerą&#8221;. Jest też Suwalskie Ucho Muzyczne, impreza, która odbywa się w różnych częściach miasta, np. bramach, dziedzińcach czy dworcu PKS. Do tego dochodzi też archiwizowanie materiałów związanych ze staroobrzędowcami [Fundacja Miasto wydała unikatowy w skali kraju album "Rosjanie - staroobrzędowcy w Polsce" - red.].</p>
<p>Pozostali wyróżnieni w &#8220;Przystanku Młodzi&#8221;: Mariusz Sokołowski, Paweł Grześ, Jakub Jaworski, Janek Wyspiański, Aleksandra Czerniawska, Maksymilian Piłasiewicz, Agnieszka Kaczyńska.</p>
<p>Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/uncategorized/final-przystanku-mlodzi-glowy-pelne-pomyslow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>8 goli dla Afryki</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/uncategorized/8-goli-dla-afryki</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/uncategorized/8-goli-dla-afryki#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 08 Jul 2010 12:16:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>
		<category><![CDATA[wiadomości]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=934</guid>
		<description><![CDATA[Tym razem nie jest to wynik meczu ale tytuł piosenki śpiewanej przez ośmiu znanych afrykańskich muzyków. Piosenka nawiązuje do założeń Milenijnych Celów Rozwoju. Została stworzona na potrzeby Mundialu w RPA. &#8220;8 golas for Africa&#8221; porusza najważniejsze problemy z jakim boryka się Afryka. Nie brakuje tutaj np. informacji o biedzie, braku powszechnego dostępu do edukacji, nierówności [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Tym razem nie jest to wynik meczu ale tytuł piosenki śpiewanej przez ośmiu znanych afrykańskich muzyków. Piosenka nawiązuje do założeń Milenijnych Celów Rozwoju. Została stworzona na potrzeby Mundialu w RPA.</p>
<p><span id="more-934"></span>&#8220;8 golas for Africa&#8221; porusza najważniejsze problemy z jakim boryka się Afryka. Nie brakuje tutaj np. informacji o biedzie, braku powszechnego dostępu do edukacji, nierówności społecznej. Jednakże całości towarzyszy mocno &#8220;bujająca&#8221; muzyka i przesłania &#8220;We have the power&#8221; . Utwór stanowi przykład, że muzyka jednoczy i wyraża więcej niż tysiąc słów. Nic tylko słuchać&#8230;:) Africa Oooooo!</p>
<p><a href="http://pl.youth4world.com/uncategorized/8-goli-dla-afryki"><em>Click here to view the embedded video.</em></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/uncategorized/8-goli-dla-afryki/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bezinteresowna pomoc procentuje</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/news/bezinteresowna-pomoc-procentuje</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/news/bezinteresowna-pomoc-procentuje#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Jul 2010 05:35:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magda</dc:creator>
				<category><![CDATA[wiadomości]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=920</guid>
		<description><![CDATA[Pomagają za darmo, bo jak twierdzą niektórzy z nich &#8211; praca wolontariusza rozwija wiele cech przydatnych w przyszłej pracy   zawodowej. Potwierdzają to specjaliści do spraw rekrutacji &#8211; doświadczeń zdobyte w wolontariacie to duży atut, szczególnie w przypadku osób z małym doświadczeniem zawodowym. Jak wynika z badań CBOS, ponad połowa Polaków chce pomagać innym ludziom. Nasze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-medium wp-image-924" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/07/z5810762Z-300x112.jpg" alt="wolontariat" width="270" height="101" />Pomagają za darmo, bo jak twierdzą niektórzy z nich &#8211; praca wolontariusza rozwija wiele cech przydatnych w przyszłej pracy   zawodowej. Potwierdzają to specjaliści do spraw rekrutacji &#8211; doświadczeń zdobyte w wolontariacie to duży atut, szczególnie w przypadku osób z małym doświadczeniem zawodowym.</p>
<p><span id="more-920"></span></p>
<p>Jak wynika z badań CBOS, ponad połowa Polaków chce pomagać innym ludziom. Nasze chęci nie przekładają się jednak na działanie. W praktyce tylko co druga osoba w Polsce zajmowała się wolontariatem, czyli pracowała dobrowolnie lub na rzecz swojego środowiska lub osób potrzebujących pomocy. Obecnie polskie prawo definiuje wolontariusza jako osobę, która &#8220;ochotniczo i bez wynagrodzenia wykonuje świadczenia&#8221; na zasadach określonych w ustawie o działalności pożytku publicznego i wolontariacie. Powinna być to osoba pełnoletnia, w innym wypadku wymagana jest zgoda rodziców lub opiekunów. W Polsce prawo zabrania wypłacania wolontariuszowi &#8220;kieszonkowego&#8221;, ale stowarzyszenie czy fundacja w której działa, może pokryć koszty, jakie ponosi wolontariusz, np. związane z podróżą. &#8211; W Polsce najbardziej rozpowszechnioną formą wolontariatu jest pomoc osobom niepełnosprawnym, dzieciom w domach dziecka i hospicjach &#8211; tłumaczy Dariusz Pietrowski z Centrum Wolontariatu w Warszawie. &#8211; Najczęściej wolontariuszami zostają uczniowie liceów i studenci &#8211; dodaje.</p>
<p><strong>Na czym to polega</strong></p>
<p>Kamil Piętak studiuje informatykę, wolontariuszem w Polskiej Akcji Humanitarnej jest od 4 lat. Na pytanie jak wygląda jego praca, odpowiada, że różnie. &#8211; Wolontariat to nie tylko bezpośrednia pomoc drugiemu człowiekowi &#8211; mówi Kamil. &#8211; Pracować wolontarystycznie można na wiele różnych sposobów, np. udzielając korepetycji, biorąc udział w kwestach, ale również robiąc strony internetowe, czy organizując jakieś wydarzenia. &#8211; dodaje. Jak pokazują badania, w zeszłym roku takie osoby, jak Kamil &#8211; młode i uczące się, stanowiły największy odsetek wolontariuszy w kraju. &#8211; Wśród wolontariuszy są też osoby aktywne zawodowo, które dodatkowo poza pracą znajdują czas na działania społeczne.- wyjaśnia Pietrowski. Są to przeważnie ludzie z wyższym wykształceniem. Jedna z wolontariuszek (woli pozostać anonimowa) jest pracownikiem naukowym, działa w Polskiej Akcji Humanitarnej od 5 lat. Średnio na wolontariat przeznacza 3 &#8211; 6 godzin tygodniowo. Jej praca polega m.in. na pomocy repatriantom. Innym dość dynamicznie rozwijającym się obszarem wolontariatu jest wolontariat pracowniczy. &#8211; Na przykład firma zgłasza się do nas z pytaniem &#8211; gdzie pracownicy mogą włączyć się w jakąś akcję społeczną, przykładowo może być to remont placu zabaw dla dzieci, ale też jakaś stała forma pomocy. &#8211; dodaje. Inną odmianą wolontariatu pracowniczego jest też wolontariat &#8211; urzędnik. Niektórzy pracownicy urzędu miasta Warszawy czy pracownicy Ministerstwa Finansów w ramach takiego wolontariatu opowiadają uczniom i studentom o swojej pracy, przybliżają zasady działania instytucji państwowych i uczą korzystania z nich. Co raz większą grupę wśród wolontariuszy w Polsce stanowią też seniorzy.</p>
<p><strong>To się &#8220;opłaca&#8221;?</strong></p>
<p>Jak wynika z badań, najczęstszym powodem pracy społecznej są dla wolontariuszy ich moralne, religijne i polityczne przekonania (wskazuje na nie o nich ponad połowa ankietowanych wolontariuszy). Wśród innych wymienianych powodów jest też nadzieja na odwzajemnienie pomocy w przyszłości. &#8211; Moja motywacja zmieniała się z czasem &#8211; mówi Kamil Piętak. &#8211; Początkowo była to chęć dania czegoś od siebie innym bezinteresownie, czasem za zwykłe dziękuję czy uśmiech, później zacząłem postrzegać to jako przede wszystkim ciekawą pracę z ludźmi, możliwość zdobycia nowych doświadczeń i rozwoju. &#8211; dodaje. W przypadku młodych osób, zwłaszcza takich, które kończą studia i są dopiero na początku swojej ścieżki zawodowej, wolontariat może być mocną stroną w CV. &#8211; Uczestnictwo w wolontariacie to atut, zwłaszcza w przypadku studentów, absolwentów oraz osób z małym doświadczeniem.- wyjaśnia Katarzyna Kulig, Konsultant Advisory Group &#8220;TEST&#8221; Human Resources. &#8211; Uczestnictwo w wolontariacie pozwala przypuszczać rekruterowi, że osoba, która się w takie przedsięwzięcie angażuje jest aktywna, poświęca się temu co robi, wykazuje inicjatywę. &#8211; dodaje. Jednocześnie przyznaje, że wszystko zależy od zadań, za które wolontariusz był odpowiedzialny. &#8211; Liczy się to, czym dana osoba zajmowała się podczas wolontariatu i czy z punktu widzenia konkretnej oferty, wiedza nabyta podczas takiej pracy społecznej jest pożądana i przydatna. &#8211; dodaje.</p>
<p><strong>Chętnych ubywa</strong></p>
<p>Z danych statystycznych wynika, że z roku na rok wolontariuszy, jest co raz mniej.</p>
<p>- Niektórzy nie decydują się na wolontariat, bo boją się, że będą musieli codziennie się angażować &#8211; mówi Pietrowski. &#8211; Tymczasem wszystko zależy od rodzaju deklarowanej pomocy. &#8211; podkreśla. Przyznaje jednak, że w tej pracy najważniejsza jest odpowiedzialność i głęboka wiara w to co się robi. Ponadto zdaniem Pietrowskiego ważne jest też, aby nie traktować tego jako jednorazową przygodę, ale podchodzić do tego poważnie. Według obliczeń Centrum Wolontariatu średnio wolontariusze poświęcają na pracę społeczną 2 godziny tygodniowo. Okazuje się, że kilka godzin w tygodniu może zaprocentować nie tylko na rzecz innych. Doświadczenie zdobyte w wolontariacie pomaga rozwijać też umiejętności przydatne w pracy zawodowej.- Obowiązki wykonywane przez wolontariuszy rozpatrywane są przez przyszłych pracodawców bardzo poważnie &#8211; twierdzi Kulig z AG HR Test. &#8211; Ważne jest to, że osoby biorące udział w wolontariacie chcą pracować, wykazują inicjatywę i mają potencjał. &#8211; dodaje. Zdaniem wolontariuszy taka forma doświadczenia rozwija i na pewno może zaprocentować w przyszłej pracy. &#8211; Na co dzień zajmuję się informatyką, dlatego na pierwszy rzut oka zdobyte w wolontariacie doświadczenie ma małe znaczenie, bo nie zwiększa moich umiejętności stricte informatycznych. &#8211; mówi Kamil. &#8211; Ale wolontariat daje też możliwość nawiązania wielu kontaktów, które mogą mi pomóc znalezieniu pracy w zawodzie. &#8211; twierdzi..</p>
<p>Źródło: www.Gazetapraca.pl</p>
<p>Anna Szary</p>
<p><strong><br />
</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/news/bezinteresowna-pomoc-procentuje/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polska w Radzie Praw Człowieka ONZ</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/news/polska-w-radzie-praw-czlowieka-onz</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/news/polska-w-radzie-praw-czlowieka-onz#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 15 May 2010 06:21:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[wiadomości]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=905</guid>
		<description><![CDATA[W czwartek wieczorem na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku Polska została wybrana do Rady Praw Człowieka ONZ na kadencję od 2010 do 2013. Oprócz nas zasiadać tam będą Angola, Ekwador, Gwatemala, Hiszpania, Katar, Libia, Malediwy, Malezja, Mauretania, Mołdowa, Szwajcaria, Tajlandia, Uganda. Rada była w przeszłości krytykowana za to, że rej wodzą w niej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W czwartek wieczorem na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku Polska została wybrana do Rady Praw Człowieka ONZ na kadencję od 2010 do 2013.</p>
<p><strong><span id="more-905"></span></strong>Oprócz nas zasiadać tam będą Angola, Ekwador, Gwatemala, Hiszpania, Katar, Libia, Malediwy, Malezja, Mauretania, Mołdowa, Szwajcaria, Tajlandia, Uganda. Rada była w przeszłości krytykowana za to, że rej wodzą w niej kraje znane z łamania praw człowieka, jak Libia czy Kuba.</p>
<p>Źródło: www. wyborcza.pl</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/news/polska-w-radzie-praw-czlowieka-onz/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Żyć i przeżyć w Mexico City</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/reportaz/zyc-i-przezyc-w-mexico-city</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/reportaz/zyc-i-przezyc-w-mexico-city#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 07 May 2010 19:33:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reportaż]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=899</guid>
		<description><![CDATA[Stoję przed otwartą szafą: spódnica nie, zbyt kobieca. Może dżinsy? Zbyt obcisłe. Bluzka na ramiączkach? Przesadnie frywolna Na dworze 26 stopni, a ja wychodzę w końcu w długich lnianych spodniach i przewiewnym (ale nie przezroczystym!) T-shircie. Na wszelki wypadek zarzucam rozpinaną bluzę. W ciągu czterech lat pobytu w Mexico City nauczyłam się, że o bezpieczeństwie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/301415.png"><img class="alignleft size-full wp-image-900" title="301415" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/301415.png" alt="" width="150" height="98" /></a><span style="font-weight: normal;">Stoję przed otwartą szafą: spódnica nie, zbyt kobieca. Może dżinsy? Zbyt obcisłe. Bluzka na ramiączkach? Przesadnie frywolna</span></strong></p>
<p><strong><span id="more-899"></span></strong>Na dworze 26 stopni, a ja wychodzę w końcu w długich lnianych spodniach i przewiewnym (ale nie przezroczystym!) T-shircie. Na wszelki wypadek zarzucam rozpinaną bluzę. W ciągu czterech lat pobytu w Mexico City nauczyłam się, że o bezpieczeństwie w dużej mierze decyduje strój. Jeśli nie chcę być zaczepiana, nie chcę być napastowana, muszę o tym pomyśleć przed wyjściem z domu.</p>
<p>Nawet bardzo dobra znajomość hiszpańskiego i ciemne włosy nie przekonają Meksykanów, że w moich żyłach płynie latynoska krew. Jestem dla nich przybyszem z Europy, czyli naiwną turystką, której można doliczyć do rachunku kilka peso, patrząc przy tym nieco bezczelnie w oczy i zasypując niewyszukanymi komplementami.</p>
<p>I mimo że zawsze będę gringo, przy odrobinie wysiłku udaje mi się te meksykańskie obyczaje zrozumieć i do nich dostosować.</p>
<p>Taksówkę omiń szerokim łukiem</p>
<p>Taksówki z zasady nie łapie się na ulicy. Wprawdzie statystyki pokazują, że w ostatnich latach zwiększyło się bezpieczeństwo podróżujących, ale mimo wszystko nieprzyjemne zdarzenia nie są rzadkością. Taksówkarze często współpracują z drobnymi przestępcami. Biały człowiek, nazywany pogardliwie gringo (według jednej z wersji określenie to pochodzi od okrzyku „Green go!” do ubranych w zielone mundury Amerykanów, którzy przybyli do Meksyku podczas wojny 1846 – 1848 r., w której wyniku kraj utracił ponad połowę terytorium, w tym dzisiejsze stany Teksas i Kalifornię), to dla kieszonkowców i rabusiów idealna ofiara: bogaty turysta, któremu ze względu na nieznajomość języka nawet nie uda się złożyć zeznań na policji. Do tego komu miałby się poskarżyć, skoro policja jest leniwa i skorumpowana.</p>
<p>Taksówkarze, jeżdżący po mieście zielonymi garbusami wykorzystują to. Metoda jest prosta – po zabraniu pasażera kierowca skręca w ciasną i ciemną uliczkę, na której czekają rabusie. Dosiadają się do auta z bronią, uniemożliwiając pasażerowi ucieczkę. Przejażdżka kończy się pod najbliższym bankomatem, tam delikwent ma wypłacić całą dostępną gotówkę. Między innymi z tego powodu kilka lat temu wprowadzono w Meksyku limit maksymalnych jednorazowych wypłat – 5 tys. peso (równowartość 500 dol.).</p>
<p>Nie mój rewir, nie mój problem</p>
<p>Większość problemów związanych z bezpieczeństwem w Mexico City łączy się z korupcją, a przynajmniej gnuśnością tamtejszej policji. Kolega student opowiadał mi, że kiedy wracał z kolegą ze sklepu, około dziewiątej wieczorem podeszło do nich dwóch wyrostków i zażądało pieniędzy, komórek i wszystkiego cennego, co mieściły ich kieszenie. Ponieważ Polacy nie przestraszyli się – górowali nad Meksykanami wzrostem, o co nietrudno – napastnicy zadowolili się zabraniem zakupów i uciekli w najbliższą uliczkę.</p>
<p>– Wróciliśmy szybko do sklepu, by zadzwonić na policję – opowiadał kolega. – Akurat stał pod nim radiowóz. Wąsaty i brzuchaty funkcjonariusz po wysłuchaniu relacji nawet nie udał, że planuje przejąć się sprawą. Filozoficznie stwierdził: „Nie będę ich szukał, to nie mój rewir, w ogóle nie powinno mnie tu być”.</p>
<p>Taki był oficjalny powód niepodjęcia działań. Nie można jednak wykluczyć, że jak wielu policjantów grubas był w układzie z miejscowymi przestępcami, którzy w zamian za taką właśnie postawę dzielili się z nim łupem.</p>
<p>Ufaj tylko mapie!</p>
<p>Jedną z narodowych cech Meksykanów jest chorobliwa wręcz niezdolność do przyznania się do niewiedzy. Najłatwiej zaobserwować to, pytając o drogę. Zagadnięty, choć zwykle nie ma pojęcia, gdzie jest szukane przez nas miejsce, bez mrugnięcia okiem udzieli nam szczegółowych wskazówek, jak tam dojść. To samo pytanie możemy zadać w tym samym miejscu pięciu innym przechodniom, prawdopodobnie każdy wskaże inny kierunek. Po godzinie chodzenia w kółko okaże się, że poszukiwana przez nas ulica jest w zupełnie innej części miasta.</p>
<p>Dlatego w Mexico City lepiej nie rozstawać się z mapą. Ale i to wcale nie musi okazać się skuteczne. Ponaddwudziestomilionowe miasto Meksyk podzielone jest na dziesięć delegatur (delegación), każda o liczbie mieszkańców zbliżonej do liczby mieszkańców Warszawy. Przy tym ulice nazwane imionami meksykańskich bohaterów narodowych z wojny o niepodległość, Miguela Hidalgo czy Vicente Guerrery, znajdują się w najróżniejszych częściach miasta. Jeśli nie znamy dokładnego adresu, często nawet z nazwą osiedla, odnalezienie danego budynku jest niemożliwe. W biedniejszych częściach miasta, w których nowe budynki powstają bez zgłaszania ich władzom miejskim, mało kto sili się na przestrzeganie numeracji. Nie dziwi więc dom numer 19 obok 37 czy 12a.</p>
<p>Walka na jezdni</p>
<p>Meksykańskie ulice to nie tylko bałagan z adresami, ale także chaos na ulicach. Przepisy ruchu drogowego istnieją jedynie na papierze. Na co dzień obowiązuje prawo dżungli: pierwszeństwo ma silniejszy. Pieszy nie ma żadnych praw, a jego pojawienie się na drodze tylko denerwuje kierowców wiecznie zakorkowanego Mexico City. Przejścia dla pieszych występują sporadycznie, a światła dla przechodniów oznaczają tylko tyle, że jeśli na zielonym ruszą oni zwartą grupą, zwiększają swoją szansę, że samochód zwolni na tyle, by można było dobiec do krawężnika naprzeciwko. Ale i to nie jest regułą – jeśli kierowca się śpieszy, bez wyrzutów sumienia przejedzie nam niemal po stopach, siarczyście przy tym trąbiąc.</p>
<p>Klakson jest zresztą w Meksyku najpopularniejszą formą zawiadamiania o swoich zamiarach, zdecydowanie częściej używaną niż kierunkowskazy (nierzadko włączane z przeciwnej strony samochodu niż wykonywany skręt).</p>
<p>Gdy po kilku latach nieobecności spacerowałam po warszawskich ulicach, zaskoczyło mnie, że nagle wszyscy przechodnie zatrzymali się i spojrzeli w jednym kierunku. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ich uwagę przykuł trąbiący samochód, którego ja, przyzwyczajona do ulicznej kakofonii, nawet nie usłyszałam.</p>
<p>Wyznania: „Que guapa!”, „Te deseo nena!” (cóż za ślicznotka!, pragnę cię kotku!), w Meksyku nie są zarezerwowane dla intymnych spotkań. O przymiotach urody kobieta może się dowiedzieć na ulicy, w centrum handlowym czy od kierowcy autobusu. Nie należy do tych wyznań przykładać większej wagi – są one niegroźne, bo kierowane do większości kobiet. Zdarza się jednak, że zalotnik jest na tyle bezczelny, że wykorzystuje panujący w metrze ścisk i łapie interesującą go panią za pupę czy biust. Meksykanki wypracowały sobie brutalną, ale skuteczną metodę odstraszenia natarczywego absztyfikanta: wbijają mu w ramię trzymaną w dłoni pinezkę.</p>
<p>Jednocześnie wiele zachowań mieszkańców Meksyku wyglądających na zbyt jowialne jest typowym dla Latynosów sposobem wyrażania sympatii. Mimo że Polacy nie uchodzą za naród zimny, w wyrażaniu radości ze spotkania czy entuzjazmu z poznania nowej osoby nie równają się z Meksykanami.</p>
<p>Na powitanie zawsze dostaniemy tam całusa w policzek, nawet gdy ktoś widzi nas pierwszy raz i jesteśmy dopiero przedstawieni. Przy następnych spotkaniach oprócz zwyczajowego podania ręki i buziaka możemy też zostać uściskani. Podobne zasady panują, gdy spotykamy sąsiada czy koleżankę z pracy. Całujemy się w policzek, wymieniamy zwyczajowe „cómo estás?” (jak się masz?) i podobnie jak po angielskim „how are you?” nie spodziewamy się innej odpowiedzi niż „muy bien” (bardzo dobrze).</p>
<p>Meksykanie nie rozumieją, gdy nowo pojawiająca się osoba nie podchodzi, by się wylewnie przywitać i tylko rzuca z daleka „cześć”. Czują się zakłopotani, a że ich wrażliwość na zniewagę i lekceważenie jest legendarna, lepiej się przełamać, zapomnieć o polskich zwyczajach i bez skrępowania całować każdego.</p>
<p>Nie dać się zwariować</p>
<p>Napady z bronią palną są w mieście Meksyk codziennością. Jednak jeśli oddamy to, co mamy, przestępcy nie zrobią nam krzywdy.</p>
<p>Tak jak w większości metropolii, także w Mexico City podstawą bezpiecznego i miłego spędzenia czasu jest zachowanie minimum środków ostrożności, niezapuszczanie się w cieszące się złą sławą okolice i nieprowokowanie zbyt wyzywającym strojem. Jeśli dodatkowo nie będziemy łapać taksówki z ulicy czy szukać adresu bez mapy, z dużym prawdopodobieństwem będziemy opuszczać Mexico City z nadzieją jak najszybszego powrotu.</p>
<p>Źródło: www.rp.pl</p>
<p>Zuzanna Reda</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/reportaz/zyc-i-przezyc-w-mexico-city/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kraj poszufladkowany</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/reportaz/kraj-poszufladkowany</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/reportaz/kraj-poszufladkowany#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 07 May 2010 19:16:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reportaż]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=894</guid>
		<description><![CDATA[RPA to najlepiej rozwinięte państwo afrykańskie, ze sprawnymi instytucjami demokratycznymi, edukacją, służbą zdrowia, mediami. I mieszkańcami, którzy ciągle dzielą samych siebie na groteskowe kategorie przejęte z czasów, za którymi teoretycznie nikt nie tęskni Dziwne, w samolocie z Amsterdamu do Kapsztadu nie ma ani jednej czarnej osoby, przynajmniej tak mi się wydaje na oko. Niby lecimy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/272607.jpeg"><img class="alignleft size-full wp-image-895" title="272607" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/272607.jpeg" alt="" width="150" height="99" /></a><span style="font-weight: normal;">RPA to najlepiej rozwinięte państwo afrykańskie, ze sprawnymi instytucjami demokratycznymi, edukacją, służbą zdrowia, mediami. I mieszkańcami, którzy ciągle dzielą samych siebie na groteskowe kategorie przejęte z czasów, za którymi teoretycznie nikt nie tęskni</span></strong></p>
<p><strong><span id="more-894"></span></strong> Dziwne, w samolocie z Amsterdamu do Kapsztadu nie ma ani jednej czarnej osoby, przynajmniej tak mi się wydaje na oko. Niby lecimy do Afryki, a nie ma Murzynów.</p>
<p>Jakże się mylę… Jeszcze nie wiem, że każdy z tych kilkuset pasażerów należy do jednej z czterech grup rasowych, z których każda ma swoje miejsce w hierarchii społecznej. Gdy przylecą do Kapsztadu, z normalnych ludzi zmienią się w białych, kolorowych, Azjatów lub czarnych (jednak znalazłem jedną Murzynkę – siedziała w drugim końcu samolotu). Biali – wiadomo, są biali. Ale zaczynam rozmowę z jednym białym, który twierdzi, że jest kolorowy.</p>
<p>– Mój ojciec był z Liverpoolu, przodkowie mojej matki byli pewnie niewolnikami przywiezionymi w XVIII wieku przez Holendrów do Prowincji Przylądka Zachodniego gdzieś z Azji, więc ja jestem kolorowy.</p>
<p>– Ale przecież ty masz bielszą skórę niż ja – protestuję.</p>
<p>– Nie szkodzi, i tak jestem kolorowy.</p>
<p>Hindusi są Azjatami, ale Japończycy, Koreańczycy i Chińczycy są biali. A konkretnie za czasów apartheidu mieli status białych honorowych, co im zostało do dziś, z tym że jeśli chodzi o Chińczyków, to nie wszyscy są biali. Biali są tylko Chińczycy z Tajwanu (w nagrodę za to, że Tajwan utrzymywał stosunki z rasistowską RPA), a Chińczycy z Chin są kolorowi. Co powoduje zresztą spore kontrowersje. W połowie ubiegłego roku Chińczycy z Chin zaczęli się gwałtownie domagać uznania za kolorowych, by móc skorzystać z dobrodziejstw programów pozytywnej dyskryminacji, które wprowadzono w RPA po pierwszych wyborach demokratycznych w 1994 roku. Skoro wcześniej byli traktowani jak kolorowi, to teraz, w czasach, kiedy rasa się nie liczy, też tak chcą, bo się opłaca.</p>
<p>Na to gwałtownie zareagowali czarni, którzy uważają, poniekąd słusznie, że to oni byli głównymi dyskryminowanymi w czasach apart-</p>
<p>heidu, a żółci byli traktowani jak biali, choć – jak wspomniałem wcześniej – nie wszyscy. To zatem czarnym, według czarnych, a nie żółtym, którzy byli biali, należą się zasiłki, ułatwienia w przyjmowaniu na studia i do pracy, obsadzaniu stanowisk publicznych, i inne dobrodziejstwa programu planowego i słusznego zmieniania społeczeństwa. Ostatecznie sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, a ten przyznał Chińczykom status kolorowych, choć nie wszystkim, tylko tym, którzy mieszkali w kraju przed 1994 rokiem, czyli 12 tysiącom na jakieś 300 tysięcy, które mieszkają w RPA dziś (po obaleniu apartheidu Chińczycy masowo emigrowali do RPA). Oczywiście status honorowy: Chińczycy z honorowych białych zmienili się w honorowych kolorowych, czyli jednak trochę na zniesieniu apartheidu skorzystali.</p>
<p>Nie wszystko się zmieniło</p>
<p>Status jest honorowy, a całe moje dotychczasowe dywagacje czysto teoretyczne, bo dziś w Republice Południowej Afryki nie ma apartheidu, podziału na rasy ani żadnej dyskryminacji. Chyba że białych, którzy czują się obecnie upośledzeni, bo wszystkie środki pomocy publicznej idą na „Black Empowerment”, czyli „uwłaszczenie czarnych”. Tak uważają tylko niektórzy biali, bo to myślenie politycznie niepoprawne, jednak ciągle popularne, zwłaszcza wśród potomków Burów, którzy w połowie XVII wieku zaczęli się osiedlać w okolicach dzisiejszego Kapsztadu i stąd zaczęli ekspansję na południe Afryki.</p>
<p>– Apartheid był okropnym, niesprawiedliwym systemem – mówi mi Lisa Fagen, studentka technologii żywienia na uniwersytecie Stellenbosch pod Kapsztadem. Biała. – Tylko że skończył się</p>
<p>15 lat temu i nie rozumiem, dlaczego ciągle mamy za niego płacić. Poza tym Południowa Afryka nigdy nie byłaby tym krajem, którym jest obecnie, gdyby nie apartheid. To przecież wtedy powstała cała infrastruktura, przemysł, biznes, cała nasza potęga. Oczywiście większość mieszkańców była pozbawiona możliwości normalnego życia, ale to się skończyło.</p>
<p>Jej koleżanka Anke Sterman (biała), szefowa Zrzeszenia Studentów na Stellenbosch, opowiada mi o koleżance, którą ojciec wyrzucił z domu za to, że znalazła sobie czarnego chłopaka. Nie</p>
<p>15 lat, tylko trzy miesiące temu. No to może jednak nie wszystko się zmieniło? – pytam. – Dlaczego ciągle o sobie myślicie jak o oddzielnych typach ludzkich? Czy Portugalczyk, który tutaj przyjedzie, będzie biały czy może kolorowy? A Cygan z Andaluzji, będzie Hindusem czy może honorowym białym? I kim u licha jest dla was Barack Obama?</p>
<p>– Och, on oczywiście jest czarny, przecież jego ojciec pochodzi z Afryki – mówi mi Patrick (czarny), Zulus z Natalu, który na Stellenbosch studiuje na jedynym w Afryce Wydziale Biotechnologii Wina.</p>
<p>– To wspaniale – mówię – na pewno będziesz chciał założyć własną winnicę w okolicach Stellenbosch. To tutaj produkowane jest najlepsze wino w Afryce, niektóre winnice należą również do czarnych. – Nie, w ogóle o tym nie myślę – mówi Patrick. – Chcę zostać jak najdłużej na uniwersytecie i prowadzić badania nad właściwościami drożdży.</p>
<p>Południowa Afryka, The Rainbow Nation – wszystkie odcienie ludzkiej skóry połączone w jedną wspaniałą tęczę. Tak przynajmniej chcieliby o sobie myśleć mieszkańcy tej ziemi. Potomkowie Burów i Zulusów, Hindusów i niewolników z Malezji, żydzi, chrześcijanie, animiści, muzułmanie. Najlepiej rozwinięte państwo afrykańskie, ze sprawnymi instytucjami demokratycznymi, ze wspaniałym systemem dróg i autostrad, dobrze funkcjonującymi służbami publicznymi, edukacją, służbą zdrowia, mediami. I mieszkańcami, którzy ciągle dzielą samych siebie na groteskowe kategorie żywcem przejęte z czasów, za którymi teoretycznie nikt nie tęskni.</p>
<p>Rasizm jest, jeśli go szukasz</p>
<p>To w Stellenbosch powstała ideologia apartheidu, to tu genetycy odgrodzeni górami i morzem od świata normalnych ludzi wypracowali niektóre z najbardziej dziwacznych pomysłów dzielenia osób ze względu na kolor skóry, np. zamykania czarnych i kolorowych w townships, czyli rezerwatach, w których byliby samowystarczalni, albo podziału na cztery kategorie rasowe, który może znikł z prawodawstwa, ale w mentalności południowych Afrykanów utrzymuje się do dziś. – Afrykanerzy uznali, że skoro oni mają swoją etniczną odrębność, to każdy powinien ją mieć, bo etniczna odrębność jest czymś z natury dobrym – mówi mi profesor Albert Grundlich (biały Afrykaner), dziekan Wydziału Historii na Stellenbosch. – Z tego podziału wynikało przyznanie poszczególnym grupom odpowiedniego miejsca w hierarchii, na szczycie której stali oczywiście biali Afrykanerzy.</p>
<p>Od 1990 roku uniwersytet zaczął się zmieniać, przyjmować czarnych, nawet promować ich obecność poprzez akcję afirmatywną. To przynosi skutki. Dziś w szkole studiuje ponad 20 procent czarnych studentów, choć jak mówi mi dziekan ds. studenckich Lewellyn MacMaster (czarny), „jeszcze kilkanaście lat temu te dzieciaki uznane by zostały za kolaborantów systemu”. – Do dziś niektórzy czarni nie chcą słyszeć o studiowaniu na Stellenbosch – mówi dziekan.</p>
<p>Khatler Rhomatide (czarny, a może kolorowy, nie rozpoznaję – w każdym razie kolorowych jest na Stellenbosch jeszcze mniej niż czarnych) studiuje zarządzanie: – Uwierz mi, przyjechałem tu, uciekając z Pretorii, z której pochodzę, a historia Stellenbosch była dla mnie tylko zachętą. Koledzy mówili mi: to jest rasistowski uniwersytet, będziesz się tu źle czuł, nie znajdziesz przyjaciół. Ale my przecież żyjemy w demokratycznym kraju, mam prawo tu studiować, więc dlaczego mam z niego nie skorzystać. I czuję się tu dobrze. Każdy się tu dobrze czuje, chyba że obsesyjnie szuka rasizmu. Bo im więcej o tym myślisz, tym łatwiej ci się to przydarzy. Ale lepiej się wyluzować, po prostu być…</p>
<p>Kup rottweilera</p>
<p>Domy w Kapsztadzie dzielą się na takie, które przypominają fortece, i te, które wyglądają raczej jak więzienia. Te pierwsze otoczone są wysokim, czasem nawet ładnie otynkowanym murem, niekiedy zdobionym kamieniami, których tutaj jest pod dostatkiem. Zwolennicy więziennego minimalizmu zadowalają się szarym murem i drutem kolczastym na górze. Albo przewodami pod napięciem. Albo i jednym, i drugim. Na większości domów ostrzeżenia skierowane do złodziei: „Armed Response”. Zwykle kilka minut po włączeniu alarmu albo tzw. panic button, czyli wezwania o pomoc, przyjeżdża uzbrojony oddział ochroniarzy i czyści teren.</p>
<p>Złodzieje są wszędzie, każdy albo sam przeżył, albo zna kogoś, kto przeżył napad z bronią w ręku. W domu, w którym mieszkam, do napadu doszło w maju ubiegłego roku. Gospodyni opowiada mi, jak oddawała złodziejom po kolei wszystkie kosztowności, cały sprzęt elektroniczny, wszystko, co mogło zaspokoić ich chciwość. Na szczęście odeszli, nikomu nie robiąc krzywdy.</p>
<p>Lisa Fagen, studentka ze Stellenbosch, opowiada mi o farmie pod miastem, gdzie mieszka ze swoimi rodzicami, okradanej regularnie co miesiąc przez kilka lat. – Parę miesięcy temu kupiliśmy dziewięć rottweilerów i jakoś się uspokoiło – wyjaśnia.</p>
<p>Skąd ta przemoc? Pytam o to dr. Carla Niehausa (biały), posła i rzecznika Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC), partii rządzącej krajem od 1994 roku, reprezentującej – jak mówi – większość, czyli głównie czarnych. – To zawsze było społeczeństwo pełne przemocy. Najpierw biły się tu między sobą miejscowe plemiona, potem przyszli biali Burowie i bili się z czarnymi o ziemię, później przyszli Anglicy i bili się z Burami. Potem nastał apartheid, a to był poza wszystkim system, w którym przemoc została zinstytucjonalizowana. Bicie, upokarzanie czarnych, pogromy, zlinczowanie paru czarnych dla rozrywki przy niedzielnym grillu: takie zachowania białych były na porządku dziennym i to większości białych nie przeszkadzało. Czarni w odwecie mordowali i gwałcili białe kobiety. Zresztą równie krwawe potrafiły być spory między poszczególnymi plemionami a potem partiami politycznymi reprezentującymi czarnych czy kolorowych. Na przełomie lat 80. i 90. przemoc w takich prowincjach jak KwaZulu Natal była po prostu sposobem życia. Przed wyborami w 1994 roku za odmienne poglądy polityczne można było zostać spalonym żywcem. I z tej mentalności nie tak łatwo się wyzwolić. Do tego dochodzi przemoc wynikająca z biedy – tu jest 40 procent bezrobotnych – i poczucia wykluczenia. Nie zapominajmy, że w kraju jest dziś około 10 milionów uchodźców z innych państw afrykańskich. Nie mówię, że to mieszkańcy Zimbabwe czy Somalijczycy są winni przemocy, ale ich obecność na pewno podwyższa napięcie społeczne.</p>
<p>– Niektórzy biali mówią, że ten kraj znajduje się w stanie wojny domowej, do której nikt się nie chce przyznać – mówię. – Czarni zabijają białych, a wasza partia patrzy na to przez palce.</p>
<p>– Jedyny problem z tym argumentem jest taki, że to głównie czarni padają ofiarą ataków – odpiera.</p>
<p>– Bo jest ich więcej w kraju.</p>
<p>– No dobrze, ale w takim razie na czym miałaby polegać ta wojna? Tak się składa, że czarnych jest więcej, lecz to biali mają w ręku większość ziemi, domów i bogactwa.</p>
<p>– I boją się, że je stracą. Czy zamierzacie siłą zabierać ziemię białym, jak to robił Mugabe w Zimbabwe?</p>
<p>– Afrykański Kongres Narodowy jest partią demokratyczną szanującą konstytucję. Tutaj nie będzie takich grabieży gospodarstw jak w Zimbabwe&#8230; Już myślałem, że skończyliśmy ten temat, ale dr Niehaus kontynuuje: – …natomiast nie wykluczamy sytuacji, że jeśli jakaś czarna wspólnota dowiedzie, iż przed wielu laty zabrano jej ziemię siłą, to nowi właściciele będą musieli ją oddać.</p>
<p>– To znaczy, będziecie zabierać białym to, co ich przodkowie zabrali czarnym 400 lat temu?</p>
<p>– Niekoniecznie. Był pan w dzielnicy District Six?</p>
<p>Byłem. Szósta Dzielnica Kapsztadu to osiedla robotnicze zamieszkane kiedyś przez kolorowych imigrantów, potomków niewolników z Malezji przywiezionych do Kapsztadu w czasach, gdy kolonią kierowała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, oraz czarnych. Za czasów apartheidu władze uznały dzielnicę za slums i postanowiły wysiedlić mieszkańców, by zrobić w niej miejsce dla białych. Od 1966 roku prawowici właściciele ziemi w Dzielnicy Szóstej byli eksmitowani, ich domy wyburzane, cała okolica modernizowana i zasiedlana białymi. Po 1994 roku rozpoczęto procesy restytucji własności i płatności odszkodowań, pierwsze zwroty mienia nastąpiły w 2004 roku, ale sprawy w sądzie ślimaczą się i ludzie się niecierpliwią. Wśród czarnych zaczyna dominować poczucie zawodu – dla wielu z nich demokracja, która miała przynieść godziwe życie i naprawienie krzywd, niewiele różni się od poprzedniego okresu. Biedni tak jak kiedyś wegetują w townshipach – podmiejskich osiedlach. Te rozbudowują się, zasiedlane nowymi miejskimi imigrantami, poszerzając sferę biedy, szarej ekonomii i życia bez perspektyw.</p>
<p>Jednak jeśli biali boją się nadchodzących wyborów (ich datę wyznaczono na 22 kwietnia) jak Sądu Ostatecznego, to nie dlatego, że czarni mieliby odzyskać własność zrabowaną im w czasach apartheidu. Najbardziej przeraża wyborców – nie tylko zresztą białych – wizja zdobycia przez ANC większości dwóch trzecich głosów, co umożliwiłoby partii zmianę konstytucji i w poszanowaniu prawa dokonanie tego, co zrobił Mugabe w Zimbabwe, czyli doprowadzenie kraju do rozpadu.</p>
<p>W połowie grudnia 2008 r. w ANC doszło do rozłamu. Część wysokich rangą działaczy odeszła, tworząc Kongres Ludowy (COPE), zarzucając swoim byłym kolegom porzucenie zasad rewolucji i demokracji. To nieco oddala perspektywę miażdżącego zwycięstwa ANC.</p>
<p>– To są zwykli przestępcy – mówi mi Philip Dexter (kolorowy), rzecznik COPE. – Jacob Zuma, lider ANC, który prawdopodobnie zostanie prezydentem, ma na koncie ponad 700 zarzutów o korupcję i składanie fałszywych zeznań. Jak on będzie kierował państwem, broniąc się jednocześnie w sądzie? Ludzie mają tego dosyć, nie można się ciągle odwoływać do rewolucyjnej przeszłości, budować swojego autorytetu na tym, że się spędziło kilka lat w celi na Robben Island. My za apartheidu też wszyscy siedzieliśmy w więzieniach.</p>
<p>– ANC stoi na gruncie konstytucji – powtarza dr Carl Niehaus. Zumie niczego nie dowiedziono, więc ma prawo stanąć do wyborów. Dopóki nie zostanie uznany za winnego, może być prezydentem.</p>
<p>– Zuma jest prymitywnym stalinistą – mówi Philip Dexter z COPE. Nie rozumie komplikacji współczesnej polityki i nie zależy mu na demokracji.</p>
<p>Biali nie znoszą Zumy, bo ma dwie klasy szkoły podstawowej, za to cztery żony i 18 dzieci. Oskarżany o gwałt na córce partyjnego kolegi, o której wiedział, że jest zarażona HIV odparł, że potem wziął prysznic, więc na pewno nie zaraził się wirusem (a był był w tym czasie szefem Krajowej Rady Przeciwdziałania AIDS; sąd go ostatecznie oczyścił z zarzutu gwałtu). ANC nienawidzi COPE, IFP – partia Zulusów z prowincji KwaZulu Natal – nienawidzi ANC, czarni i kolorowi mają ciągle pretensje, że przemiany nie przebiegają wystarczająco szybko, czyli że jeszcze nie są tacy bogaci jak biali. Jak żyć w takim kraju?</p>
<p>– 15 lat to dużo i mało – mówi prof. Grundlich ze Stellenbosch. – Ludzie zapominają, jak wyglądały wybory w 1994 roku, gdy w kraju było 80 regionów, w których żadna partia poza lokalną nie mogła prowadzić kampanii, bo groziło to otwartymi wojnami. Nie pamiętają, jak na początku lat 90. biali kupowali na zapas cukier, bo bali się rzezi, która miała się zacząć lada dzień. Prawie milion ludzi wyemigrowało z kraju. A jednak Południowa Afryka przetrwała, może nie w takim stanie, jak wszyscy byśmy chcieli. Przestała się dynamicznie rozwijać, na szczęście przed 1994 rokiem powstała cała jej infrastruktura, przez ostatnie 15 lat udało się jednak utrzymać wzrost gospodarczy, a ANC odrzucił komunistyczną ideologię, przynajmniej w dziedzinie gospodarki. Oczywiście po dojściu do władzy Zumy w RPA może być różnie: ANC mówi o nacjonalizacji banków i firm ubezpieczeniowych, nie można wykluczyć powtórki z Zimbabwe, ale ja w to nie wierzę. To będzie po prostu kolejna stracona szansa, kolejne zmarnowane lata rozwoju, ale nic poza zastojem, do którego zresztą przywykliśmy, nam nie grozi.</p>
<p>Język oprawców nas łączy</p>
<p>W mieście Paarl, między Kapsztadem i Stellenbosch, stoi jedyny na świecie pomnik języka – Afrikaanse Taalmonument. Dla Afrykanerów, czyli potomków osadników z XVII wieku, to jeden z symboli ich ojczyzny. Dla czarnych – symbol nędzy i przemocy, której ofiarą padali przez ostatnie 350 lat. Jeszcze na początku XX wieku afrikaans, czyli język afrykanerski, właściwie nie istniał w formie pisanej. Był uproszczoną odmianą holenderskiego. Holendrzy traktowali go jako skundloną wersję własnego języka. Oprócz Afrykanerów posługiwali się nim kolorowi, czyli potomkowie niewolników z Malezji, Indii i krajów afrykańskich, którzy lądowali przez ostatnie trzy wieki w tym regionie Afryki.</p>
<p>Miejscowi czarni z plemienia Xhosa nie mówili po afrykanersku, bo – po pierwsze – biali nie brali ich masowo na niewolników, a po drugie czarni mieli własne języki – dziś w RPA obowiązuje 11 oficjalnych języków, których większość to właśnie języki czarnych.</p>
<p>– Afrykanerski miał tutaj trudny czas, zwłaszcza od 1994 roku – mówi profesor Grundlich – a my mamy taką naturę, że w sytuacji zagrożenia bardzo się mobilizujemy. Tak było na początku naszej bytności w tym kraju, tak było, gdy Anglicy chcieli go nam zabrać, tak było i pod koniec XX wieku, gdy większego znaczenia w życiu publicznym zaczął nabierać angielski, a status afrykanerskiego zaczął upadać. Język zawsze był elementem łączącym Afrykanerów, zresztą uniwersytet w Stellenbosch ciągle utrzymuje prymat tego języka – większość wykładów odbywa się po afrykanersku i uważam, że tak powinno zostać. Dobrze, że jest on obecny w szkołach i na uczelniach. Nie możemy dopuścić, by nasz język zginął.</p>
<p>Na meczu piłkarskim w Kapsztadzie przysłuchuję się, jak kolorowy policjant rozmawia z czarnym dziennikarzem sportowym. Mówią po afrykanersku.</p>
<p>– Dlaczego? – pytam – Przecież to podobno język waszych oprawców.</p>
<p>– No właśnie – odpowiada – język oprawców nas połączył. Przecież jakoś musimy się porozumieć.</p>
<p>Spotykam Zerene Haadad, studentkę z Zimbabwe (kolorowa). Sprowadziła się do Kapsztadu z rodzicami w 2004 roku, gdy życie w kraju rządzonym przez Mugabego było już nie do zniesienia. Pytam Zerene, jakie jest jej najważniejsze doświadczenie RPA. – Najważniejsze jest to, że w tym kraju ludzie najpierw widzą rasę, a potem osobę.</p>
<p>– Jak się z tym czujesz?</p>
<p>– To budzi we mnie gniew, ogromny gniew. Bo oznacza, że im się nawet nie chce ciebie poznać, że traktują cię jak kogoś, kto nie ma innych cech poza kolorem skóry. Ja na przykład jestem tutaj uznawana za kolorową, ale równocześnie wszyscy widzą, że w zasadzie jestem biała, więc na początek zakładają, że jestem Afrykanerką. A ja nie znam afrykanerskiego – oni nawet nie wiedzą, że biali w Zimbabwe nie mówią w tym języku. Niektórzy nie uważają mnie za białą, tylko za Hinduskę, bo mam jednak trochę ciemną cerę – i ci od razu zakładają ze jestem z Durbanu, bo stamtąd pochodzi większość tutejszych Hindusów. A ja nie pochodzę z Durbanu, nie jestem Hinduską, nie jestem też muzułmanką. Jestem z Zimbabwe.</p>
<p>I, żeby było jasne, wszyscy oni – czarni, Hindusi, kolorowi – mają dokładnie takie samo podejście jak biali, oni też ciągle żyją w świecie posegregowanym, w którym kolor skóry definiuje człowieka. Ja w tym kraju ciągle muszę dowodzić, że nie jestem tym, za kogo mnie biorą.</p>
<p>Źródło: www. rp.pl</p>
<p>Dariusz Rosiak</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/reportaz/kraj-poszufladkowany/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pod wulkanem</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/reportaz/pod-wulkanem</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/reportaz/pod-wulkanem#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 May 2010 14:17:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reportaż]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=891</guid>
		<description><![CDATA[Obok tysięcy białych i czarnych ludzi dobrej woli bezskutecznie próbujących wydobyć Kongo z nędzy, żyją w nim tysiące Kurtzów, którzy niezależnie od koloru skóry skutecznie spychają kraj w przepaść Goma albo czeka na wybuch Nyiragongo, albo właśnie stygnie po jego wybuchu. A wulkan pluje dymem w miasto, nawet gdy nie ma zamiaru wybuchnąć. Nie daje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/325266.jpeg"><img class="alignleft size-full wp-image-890" title="325266" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/325266.jpeg" alt="" width="150" height="100" /></a>Obok tysięcy białych i czarnych ludzi dobrej woli bezskutecznie próbujących wydobyć Kongo z nędzy, żyją w nim tysiące Kurtzów, którzy niezależnie od koloru skóry skutecznie spychają kraj w przepaść</p>
<p><span id="more-891"></span>Goma albo czeka na wybuch Nyiragongo, albo właśnie stygnie po jego wybuchu. A wulkan pluje dymem w miasto, nawet gdy nie ma zamiaru wybuchnąć. Nie daje o sobie zapomnieć, bo widać go z każdego miejsca. Gdy wjeżdżam do Gomy, duża chmura dymu unosi się nad Nyiragongo. „Temperatura wokół góry (3470 m nad poziomem morza) podnosi się – czytam w serwisie BBC. – Krater wypluwa więcej pyłu wulkanicznego niż zwykle. Przedstawiciele ONZ, którzy z bliska śledzą ruchy miejscowej ludności, twierdzą jednak, że w regionie nie ma paniki”.</p>
<p>Artykuł 15</p>
<p>Aby przeprawić się z Rwandy na drugą stronę, muszę poprosić o wizę. W roli przewoźnika występuje szef miejscowej służby granicznej, do którego zostałem skierowany, ponieważ nie wszystko w moich papierach się zgadza. Miły człowiek koło czterdziestki, na jego biurku zdjęcie uśmiechniętej żony i dzieci. Opowiada mi o trudnościach, jakie mają Kongijczycy z otrzymaniem wizy do Polski – a ty chciałbyś tak od razu wjechać. I jeszcze jako dziennikarz? Pokazuje mi kilka formularzy, które powinienem był wypełnić w Polsce, a nie wypełniłem, ale – jak mówi – musimy sobie wszyscy pomagać, bo przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, prawda? Prawda, mówię i rozpoznaję w jego zachowaniu cechy wspólne wszystkim ludziom, którym dano władzę na moment i którym w każdej chwili ta władza może zostać zabrana. Są tacy sami bez względu na kolor skóry i miejsce zamieszkania. Wiedzą, że teraz jest ich czas i jeśli nie zdążą, to drugiej szansy mieć nie będą. Więc muszą zdążyć.</p>
<p>Mój urzędnik nie chce, żebym się go bał. Po co miałbym się bać? Lepiej, żebym go polubił. Lepiej, żebym zrozumiał, że on w swojej szczodrobliwości może wydać mi tę wizę, ale przecież wcale nie musi, choć pewnie mi wyda, bo przecież wszyscy jesteśmy ludźmi.</p>
<p>Za czasów legendarnego przywódcy Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu Wa Za Banga („Wszechpotężnego wojownika, który kroczy od podboju do podboju, zostawiając za sobą ogień) w Kongu, wówczas Zairze, popularność uzyskał tzw. artykuł 15. Jego filozofia – nigdy formalnie niespisana, ale obowiązująca w całym kraju, bo wygłoszona przecież ustami jego Samego na konferencji partyjnej w 1990 roku – głosiła, że w zasadzie nie ma nic złego w tym, żeby „trochę ukraść”.</p>
<p>W latach 90. artykuł 15 stanowił podstawę bytu biednych i bogatych, ludzi na stanowiskach i tych, którzy o stanowiskach tylko marzyli. Stanowił alibi dla ministra, który brał łapówkę za udzielenie kontraktu na wydobycie złota albo sprzedawał nielegalnie broń, dla taksówkarza, który oszukiwał pasażera. W państwie, w którym jedynym pewnym źródłem utrzymania była i jest praca w jakiejś zagranicznej organizacji pozarządowej, a zwykły człowiek – zwłaszcza na przeludnionym wschodzie kraju – nie ma najmniejszych szans na stałe zatrudnienie, „trochę” oznacza wszystko, co możliwe. Jeśli mam okazję, kradnę, bo od tego, czy ukradnę, zależy życie moje i mojej rodziny.</p>
<p>Ten darwinowski ekosystem wzajemnego okradania istnieje w Kongu do dziś i właśnie w jego strefę wszedłem. Okradanie białych cieszy się szczególną popularnością, bo jest ono moralnie obojętne, a nawet – wziąwszy pod uwagę zasady relatywności ludzkich dochodów – wskazane jako uprawniona forma redystrybucji bogactwa. W końcu jeśli jakiegoś białego stać na podróż do Demokratycznej Republiki Konga, to musi zarabiać co najmniej 100 razy więcej niż przeciętny Kongijczyk. Czym zatem jest dla niego te kilka, kilkadziesiąt czy kilkaset dolarów, które mu zabiorę?</p>
<p>Szef oddaje paszport podwładnemu, który wbija mi pieczęć. Zostajemy na moment w pokoju i w cztery oczy dyskutujemy na temat wysokości „opłaty afrykańskiej”, jak ją nazywa – niesłusznie zresztą: działanie artykułu 15 w tak drastycznej formie nie wykracza poza granicę Konga. Kilkadziesiąt metrów dalej, po stronie rwandyjskiej, urzędnicy imigracyjni nie biorą łapówek, a propozycje ich wręczenia mogłyby się skończyć niemiłym pobytem w więzieniu. Ostatecznie wywijam się skromną sumą 100 dolarów i przekraczam granicę Demokratycznej Republiki Konga – witamy w Gomie, mówi na pożegnanie, proponując podwiezienie do centrum miasta. Nie, dziękuję, nie skorzystam.</p>
<p>Kilkanaście lat temu Goma była ulubionym punktem zachodnich turystów, bazą wypadową na trekking po Parku Narodowym Wirunga w poszukiwaniu goryli górskich. Dziś znaleźć tu można emocje innego rodzaju. Dziś biały Europejczyk, przyjeżdżając do Gomy, ma szansę przeżyć ten odkrywczy moment, w którym nagle rozumie to, co dla dwóch trzecich ludzkości zawsze było jasne – że są na świecie miejsca, gdzie wszystkie mechanizmy obrony, które my, biali żyjący w dostatku ludzie, budujemy przez całe życie, a potem przyjmujemy za oczywiste, okazują się zawodne.</p>
<p>Paszport z orłem w koronie albo gwiazdami Unii Europejskiej, świadomość własnych praw, pełne konto i karta kredytowa, numer ubezpieczenia, PESEL, REGON, zestaw pinów i co tam jeszcze – to wszystko, czego w domu nie zauważasz, ale co daje ci poczucie przynależności do jakiejś strefy bezpieczeństwa i przekonanie, że nawet jeśli coś złego się wydarzy, to przecież wiem, jak reagować – to wszystko tutaj nie działa, a całe twoje życie zależy od zbiegów okoliczności i kaprysu kompletnie obcych ludzi. Goma jest jak woda chrzcielna, w której zanurzywszy się, przechodzisz na drugą stronę życia. Od tej pory, dopóki stąd nie wyjedziesz, nie pozbędziesz się delikatnego tętna strachu i przekonania o nieskończonej liczbie możliwych rozwiązań.</p>
<p>A dokąd mają się wynieść</p>
<p>Ostatni raz Nyiragongo wybuchł w 2002 roku. Lawa rozlała się w góry, ale największe spustoszenie wywołała erupcja kilkanaście kilometrów bliżej miasta – lawa podeszła pod ziemią i wystrzeliła niedaleko lotniska. 45 osób zginęło, 300 tysięcy ludzi ewakuowano, prawie 20 procent Gomy zostało zalane. Przejeżdżam przez teren, który przypomina zaschnięte jezioro lawy. Dwumetrowa fala pochłonęła budynki, wybuchały stacje benzynowe i elektrownie, na koniec lawa wpływała do jeziora Kiwu, powodując eksplozje pary wodnej.</p>
<p>Pytam mojego przewodnika, dlaczego ludzie nie wyniosą się z tego miejsca, przecież Nyiragongo jest najbardziej aktywnym wulkanem Afryki i jednym z najbardziej aktywnych na świecie. Jest niemal pewne, że wcześniej czy później znów zaleje miasto. – A gdzie mają się wynieść? – odpowiada pytaniem Emanuel. Pracuje jako dozorca na jednej z lokalnych budów. – Tylko tutaj mają szansę na przeżycie, znalezienie jakiejś pracy albo pomocy ze strony organizacji międzynarodowych. Tylko tutaj, w Gomie, mogą liczyć na względne bezpieczeństwo.</p>
<p>Emanuel należy do zdecydowanej mniejszości miejscowych urodzonych i wychowanych w Gomie. W ostatnich latach to miasto stało się bowiem magnesem dla wszystkich – znajdują się tu siedziby setek międzynarodowych organizacji pomocy, baza wojsk misji ONZ MONUC, w której stacjonuje tysiąc żołnierzy, wokół miasta w czterech oficjalnych obozach uchodźców przebywa ponad 80 tysięcy ludzi. Kolejne 100 tysięcy mieszka na ulicach Gomy albo w chatkach zbudowanych naprędce z kawałków lawy i piasku wulkanicznego. Goma jest w istocie jednym wielkim placem budowy, tak jakby ludzie nie przyjmowali do wiadomości, że pewnego dnia, podobnie jak wielokrotnie w historii, wulkan może ich pogrzebać razem ze wszystkim, czego dorobili się w ciągu życia.</p>
<p>Uchodźcy pochodzą z okolicznych wsi, zwłaszcza z rejonu Rutshuru i Masisi; uciekają przed przemocą ze strony wojska i grup rebeliantów walczących ze sobą w tym rejonie od kilkunastu lat. Goma daje im szansę przeżycia, choć niektórzy nie wytrzymują presji. Następnego dnia po przyjeździe w towarzystwie Emanuela spotykam jego znajomego. Ze skromną walizką w ręku idzie w stronę przystanku autobusowego. Pytam, gdzie jedzie. Emanuel chwilę z nim rozmawia, starszy wiekiem człowiek jest wyraźnie załamany. – Wraca do domu, na wieś – powtarza Emanuel. – Mówi, że woli zginąć od kuli niż z głodu. Był tu przez kilka tygodni, nikogo nie zna, nie ma pracy, nie chce tu zostać.</p>
<p>Cztery miliony ofiar</p>
<p>Obóz Bulengo mieści się na południowych obrzeżach miasta, z małego wzgórza, gdzie umieszczono latryny, widać jezioro Kiwu. Jeśli ktoś umiałby wymazać z krajobrazu setki zbudowanych z metalowych żerdzi i liści bananowych namiotów pokrytych plandekami z logo UNHCR, jeśli nie chciałby dostrzec skrajnej nędzy panującej w obozie i nieudolnych prób zachowania ludzkiej godności podejmowanych przez jego mieszkańców, to pewnie poczułby, że znalazł się w jednym z najpiękniejszych zakątków ziemi. Jezioro Kiwu jest krystalicznie czyste, okoliczne góry porośnięte wspaniałym gęstym lasem, a ziemia podchodząca pod same stożki wulkanów należy do najbardziej żyznych w Afryce. Plony zbiera się tu trzy, a nawet cztery razy w roku. Gdyby nie wojna, nikt w prowincji Kiwu nie znałby głodu czy nawet niedostatku.</p>
<p>W Bulengo spotykam Hiszpana Nicolasa Dorronsoro, dziennikarza i pracownika Jezuickiej Służby dla Uchodźców (JRS), który zajmuje się szkoleniem zawodowym młodych ludzi w obozie. – Wyobraź sobie, że żyjesz w spokoju w swojej wsi, uprawiasz pole, wychowujesz dzieci, jak potrafisz – tłumaczy Nicolas. – Któregoś dnia przychodzą jacyś ludzie w mundurach, zabijają mieszkańców, gwałcą kobiety, zabierają wszystko, co masz. Tym, którzy przeżyją, nie pozostaje nic innego jak ucieczka do miasta. Nie wiedzą, jak długo będą tu przebywać, nie mają pojęcia, kiedy wrócą do swoich domów. To jest doświadczenie tych tysięcy ludzi mieszkających w obozach w okolicach Gomy i uchodźców w mieście.</p>
<p>To jest doświadczenie mieszkańców wschodu Konga od 15 lat, kiedy to kraj, który wówczas nazywał się Zair, miał stać się terenem najkrwawszego i najbardziej skomplikowanego konfliktu w historii współczesnej Afryki. W jego wyniku zginęło co najmniej 4 miliony ludzi, w konflikt, który wkrótce zaczęto określać mianem afrykańskiej wojny światowej, włączyło się kilka krajów ościennych, oznaczał on koniec ery Mobutu Sese Seko i Zairu w formie znanej od lat 60.</p>
<p>Wszystko zaczęło się 6 kwietnia 1994 roku w Kigali w Rwandzie, gdzie nieznani do dziś sprawcy strącili samolot z prezydentami Rwandy i Burundi na pokładzie. Śmierć prezydenta Rwandy Juvenala Habyarimany dała początek rzeziom etnicznym dokonywanym przez Hutu na Tutsi. Przez trzy miesiące, od kwietnia do lipca 1994 roku, w najszybciej przeprowadzonym akcie ludobójstwa w historii XX wieku zmasakrowanych zostało około 800 tysięcy ludzi. Hutu kierowani przez bojówki zwane interahwame („stojący ramię w ramię”) wyżynali swoich sąsiadów Tutsi, a od północy z Ugandy trwała ofensywa Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego – armii Tutsi, która szła na odsiecz rodakom. W lipcu wojska RFP zajęły Kigali, a miliony Hutusów, w tym zarówno sprawcy niedawnego ludobójstwa, jak i niebiorący w nim udziału, uciekły do sąsiednich krajów w obawie przed odwetem ofiar. Ponad jedna czwarta ludności Rwandy – 2 miliony ludzi – przekroczyła granice Tanzanii, Burundi, Ugandy i Zairu. Połowa uchodźców wylądowała na wschodzie Zairu nad brzegami jeziora Kiwu.</p>
<p>Skutki takiego exodusu łatwo było przewidzieć. Epidemie cholery i innych chorób dziesiątkowały uchodźców – na życzliwość i pomoc Zachodu nie musieli długo czekać. W ciągu kilku miesięcy 1994 roku w regionie Kiwu rozpoczęła się jedna z największych operacji humanitarnych w historii ludzkości. Brało w niej udział ponad 200 organizacji pomocy, tysiące ochotników z całego bogatego świata, setki lekarzy, pielęgniarek ratowały życie ludzi, którzy z zewnątrz wyglądali jak Bogu ducha winne ofiary wojny.</p>
<p>Pod zarządem bandytów</p>
<p>Operacja przyniosła sukces, epidemie opanowano, zorganizowano miejsca do zamieszkania, a gdy osiadł kurz, obozy wokół Gomy, Bukavu i Uviry ukazały swoje prawdziwe oblicze. Rządzili w nich niedawni zbrodniarze – szefowie interahamwe i oficerowie byłej armii rwandyjskiej. To oni decydowali, kto w obozie dostawał jedzenie, a kto nie, kto zarabiał, a kto nie miał na to szans – to oni kontrolowali cały system życia obozowego.</p>
<p>Sytuacja w obozach uchodźców rwandyjskich na wschodzie Zairu była wręcz podręcznikowym przykładem tego, do jak katastrofalnych skutków może prowadzić udzielana w dobrej wierze pomoc międzynarodowa. Obozy kierowane przez ludzi ściganych listami gończymi przekształciły się w kilkusettysięczne miasta ze sprawnie funkcjonującą gospodarką: w obozowej rzeźni produkowano mięso z krów kradzionych okolicznym wieśniakom, dla urozmaicenia diety uchodźcy plądrowali pobliskie rejony Parku Narodowego Wirunga, wybijając małpy i hipopotamy z Jeziora Edwarda.</p>
<p>Karczowanie lasów i produkcja węgla drzewnego przybrały takie rozmiary, że siostrzane wobec organizacji humanitarnych zachodnie organizacje ekologiczne podniosły alarm, wskazując na zdjęcia satelitarne, które ujawniały rozmiary bezprawnej wycinki. Według danych UNHCR z 1995 roku w rwandyjskich obozach uchodźców we wschodnim Zairze działało 82 tysiące przedsiębiorstw, w tym bary, restauracje, salony fryzjerskie, sklepy spożywcze, apteki, kina, zakłady fotograficzne. Jedzenia było tak dużo i było ono tak tanie, że Zairczycy z Gomy robili w obozach zakupy, co było skądinąd bardzo proste, bo transport zapewniały im sprawnie funkcjonujące firmy przewozowe posługujące się zresztą autobusami, które kilka lat wcześniej ówczesny rząd Rwandy otrzymał w darze od Japonii, a uchodźcy zabrali je ze sobą, uciekając z kraju.</p>
<p>Mieszkańcy obozów mieli zapewnioną stałą pomoc medyczną, dzieci otrzymywały szczepienia, kobiety rodziły w znośnych warunkach. A płacili za to wszystko podatnicy z bogatych krajów północy przeświadczeni, że swoimi datkami przyczyniają się do uregulowania konfliktu politycznego i ulżenia doli ludzi w jednym z najbardziej zapalnych miejsc na ziemi. Według danych UNHCR w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy 1994 roku organizacje pomocy przeznaczyły 336 mln dolarów – więcej niż wynosił wówczas cały budżet Zairu – na utrzymanie obozów kierowanych przez sprawców jednego z najokrutniejszych ludobójstw w historii ludzkości.</p>
<p>To dzięki tym pieniądzom we wschodnim Zairze wykształcił się system zależności, w którym dobrze się miały wszystkie strony: miejscowi kacykowie, dla których łaska Mobutu przestała być jedynym źródłem utrzymania, bo mogli robić interesy z władzami obozowymi, liderzy obozów, którzy zaczęli rozszerzać swoje wpływy na zewnątrz, zwłaszcza na zdemoralizowanych oficerów zairskiej armii, oraz tysiące pracowników organizacji pomocy, których budżety pęczniały wobec ciągle rosnących i niezaspokojonych potrzeb uchodźców.</p>
<p>Byli żołnierze armii rwandyjskiej i liderzy interahamwe nie poprzestawali na obozowym biznesie. Uzbrojeni przez Mobutu i wspomagani przez jego żołnierzy od 1995 r. dokonywali ataków na miejscowyc Tutsi z okolic Masisi, a później innych rejonów prowincji. Dochodziło też do wypadów na teren samej Rwandy. Nowe władze rwandyjskie zdominowane teraz przez Tutsi nie zamierzały przyglądać się bezczynnie szykowanej przez Hutu ofensywie i kolejnym rzeziom swoich rodaków – tym razem w Zairze – dlatego regularnie wspomagały siły rebeliantów w tym kraju.</p>
<p>W październiku 1996 roku cztery partyzanckie grupy Tutsi w Zairze połączyły się, tworząc organizację o nazwie Zjednoczone Siły Wyzwolenia Kongo Zairu (AFDL). W niespełna dwa miesiące AFDL pod wodzą przeciwnika Mobutu generała Laurenta Kabili dokonała tego, czego ONZ i Zair nie były w stanie zrobić przez dwa i pół roku. Obozy przestały istnieć, setki tysięcy Hutu wróciły do Rwandy, inni uciekli w głąb Zairu. Ich dowódcy i liderzy interahamwe utworzyli oddziały, które miały wspomagać armię Zairu w walce z AFDL. Jednak armia Mobutu masowo uciekała przed wojskami AFDL, a jedyny opór, jaki napotykali ludzie Kabili, pochodził ze strony oddziałów rwandyjskich Hutu z interahamwe.</p>
<p>W kilka miesięcy po rozpoczęciu ofensywy AFDL Zair przestał istnieć jako niezależne państwo. Najbardziej cierpieli na tym niewinni ludzie: życie traciły setki tysięcy, zarówno Kongijczycy, jak i uchodźcy Hutu uciekający przed AFDL i żołnierzami nowego rządu Rwandy, który wprowadził swoje wojska na teren Zairu.</p>
<p>Druga odsłona wojny</p>
<p>Dotarcie wojsk Kabili do Kinszasy, ostateczne obalenie Mobutu w 1997 roku i ustanowienie nowego państwa o nazwie Demokratyczna Republika Konga niewiele w tym kraju zmieniło. Nowe władze były równie skorumpowane co poprzednie, ale nie to było najgorsze. Kabila odwrócił się od swoich dotychczasowych mocodawców i zaczął wspierać swoich byłych wrogów Hutu. Rwanda i Uganda otwarcie walczyły z rządem, z czasem do konfliktu włączały się kolejne państwa mające polityczny i gospodarczy interes w destabilizacji Konga i drenowaniu kraju z jego bogactw: Angola, Zimbabwe, Erytrea, Namibia, Tanzania, Zambia, Czad, a nawet Gabon.</p>
<p>Ta druga odsłona wojny w Kongu miała się okazać jeszcze bardziej tragiczna niż pierwsza. To właśnie na przełomie wieków w Kongu zginęły miliony ludzi, głównie ludność cywilna. Masakry kobiet i dzieci były na porządku dziennym. Armie rwandyjska i ugandyjska dokonywały rzezi ludności cywilnej i plądrowały Kongo na potęgę, a Stany Zjednoczone dawały na to przyzwolenie. Według danych z 2002 roku Rwanda była trzecim na świecie eksporterem diamentów – nie posiadając praktycznie tego surowca, cały jego eksport pochodził z grabieży w Kongu.</p>
<p>W 2003 roku ogłoszono porozumienie pokojowe i koniec wojny, co przypieczętowały wybory zorganizowane trzy lata później pod egidą ONZ. Wybory przebiegły w zaskakująco pokojowy sposób i od 2006 roku, nie licząc kilku niepokojów społecznych, większa część kraju jest wolna od masowych aktów przemocy. Prezydent Joseph Kabila, syn zamordowanego w 2001 roku Laurenta Kabili, rządzi krajem podobnie jak jego ojciec i ich poprzednik Mobutu Sese Seko praktycznie bez opozycji (jej nominalny lider, były wojenny przeciwnik Kabili Jean Pierre Bemba, przebywa za granicą) i nie licząc się z potrzebami ludzi.</p>
<p>Po co jest tu ONZ</p>
<p>Na wschodzie Konga, zwłaszcza w prowincji Kiwu, walki trwają dalej, a ich najbardziej widocznym skutkiem są właśnie obozy pod Gomą, które odwiedziłem w towarzystwie Nicolasa Dorronsoro. Nie ma już w nich ludobójców z 1994 roku, są miejscowi chłopi wypędzeni z własnych domów przez żołnierzy obcych armii i zdemoralizowanych wojskowych armii kongijskiej. Infrastruktura tych obozów w niczym nie przypomina tętniących życiem i handlem miast obozowych z połowy lat 90.</p>
<p>Pytam, czy organizacje pomocy są w stanie poprawić sytuację tych ludzi. – Organizacje humanitarne robią, co mogą, ale warunki, jakie są, każdy widzi. – mówi Nicolas. – Jedynym sposobem polepszenia doli tych ludzi jest zakończenie wojny. Powinno być tu więcej żołnierzy ONZ, więcej sił rozjemczych, które wymuszą pokój, inaczej ci ludzie nie mają szans na przeżycie.</p>
<p>Jest tylko jeden problem. MONUC, czyli działająca od 2001 roku misja ONZ w Kongu, jest najbardziej liczną (17 tysięcy żołnierzy) i najdroższą (budżet roczny ponad 1 miliard 100 milionów dolarów) misją ONZ na świecie. Jednak w górach w dalszym ciągu kryją się grupy rebeliantów, patrole żołnierzy – zwłaszcza hinduskich i urugwajskich – na ulicach Gomy właściwie nie wiadomo czemu służą. Oddziały armii kongijskiej, nieopłacane i zdemoralizowane, dopuszczają się podobnych aktów gwałtu i przemocy co zwalczane przez ONZ grupy rebeliantów. Wizerunku ONZ także nie poprawiają okresowe doniesienia na temat korupcji żołnierzy, grabieży, a nawet przypadków gwałtów dokonywanych na ludności cywilnej.</p>
<p>Pytanie stawiane dziś przez wielu ludzi obserwujących sytuację w Kongu brzmi: czy ONZ jest częścią rozwiązania, czy może stanowi taki sam problem jak armia kongijska, którą wspiera? – Te wojska powinny być rozmieszczone w miejscach, gdzie rebelianci terroryzują ludność – mówi Nicolas – a tak oczywiście nie jest. Trzeba też przestać udawać, że współpraca z armia kongijską ma jakikolwiek sens. To nie jest armia, tylko zorganizowana grupa bandytów. To samo zresztą dotyczy policji tego kraju. To są ludzie, którzy zamiast zapewniać miejscowym bezpieczeństwo, sieją wśród nich popłoch. Zamiast z nimi współpracować, ONZ powinna doprowadzić do rozwiązania sił bezpieczeństwa i powołania nowych. Trzeba znowu zacząć od zera.</p>
<p>– Nie zaczynamy od zera – mówi mi rzecznik MONUC Amadou Ba. – W tej chwili trwają negocjacje pokojowe praktycznie ze wszystkimi stronami konfliktu. Rozmawiamy z przedstawicielami frakcji, które zdecydowały się na wejście do nowych sił armii kongijskiej. Z drugiej strony ciągle aktywny jest Demokratyczny Front Wyzwolenia Rwandy – FDLR, czyli resztki sił Hutu z 1994 roku. Są odpowiedzialni za nieszczęsny los tych tysięcy ludzi, których można znaleźć w obozach koło Gomy.</p>
<p>Pytam, dlaczego ONZ współpracuje z armią kongijską oskarżaną o akty przemocy wobec ludności cywilnej. – Czy w takim razie mamy nic nie robić? Jaka wtedy byłaby opinia o ONZ? – pyta retorycznie Amadou Ba, a ja zastanawiam się, czy rzeczywiście bez ONZ sytuacja we wschodnim Kongu mogłaby wyglądać gorzej. Kogo chronią te siły, skoro na pewno nie miejscową ludność?</p>
<p>– Tak może myśleć tylko ktoś, kto ma krótką pamięć – mówi rzecznik MONUC. – Wojska ONZ weszły na teren Konga w 2001 roku, kiedy ten kraj jako byt państwowy praktycznie nie istniał. Dziś mamy rząd, prezydenta, parlament. Niech pan się zastanowi, ile czasu Europie w XX wieku zabrało wychodzenie z logiki wojny. Jak długo trwało tworzenie Unii Europejskiej, ile pokoleń musiało zginąć, żeby dziś ludzie na kontynencie mogli żyć w pokoju. Trzeba o tym pamiętać. Społeczeństwo buduje się etapami i trzeba dać czas temu państwu, które jeszcze dwa, trzy lata temu praktycznie nie istniało.</p>
<p>Wszystko, co da się wywieźć</p>
<p>Ludzie z prowincji Kiwu czasu nie mają. Goma, tak jak przez całe lata 90. i początek XXI wieku, jest dziś największym punktem wywozowym bogactw naturalnych z kraju. Nisko nad miastem co chwila przelatują samoloty transportowe – lotnisko w Gomie jest jednym z najgęściej obleganych w Afryce.</p>
<p>– Skąd one przylatują, dokąd lecą? – pytam Nicolasa Dorronsoro. Wcześniej, jadąc przez Gomę, oglądałem wybudowane przy zapyziałych drogach wspaniałe pałace. Nad jeziorem Kiwu roi się od rezydencji, których nie powstydziłyby się wybrzeża Jeziora Lemańskiego w Genewie. Pytam, do kogo to wszystko należy. – Bogactwo tego regionu jest jego przekleństwem – mówi. – Mamy surowce, które wylewają się z ziemi, a obok państwo, które praktycznie nie funkcjonuje i nie jest w stanie zarządzać tym bogactwem. Więc jest ono rozkradane. Kradną wszyscy: kradnie umierający z głodu chłop, który za dolara dziennie będzie na kolanach rył w ziemi w poszukiwaniu kobaltu, kradną średni macherzy, obywatele Konga i Rwandy, którzy zatrudniają takich chłopów, a potem sprzedają towar w sklepach w Gomie. Kradną rebelianci, którzy ukrywają się w górach i kontrolują kopalnie. A na szczycie tej piramidy są wielkie firmy zachodnie, które przez pośredników dogadują się z tymi skorumpowanymi władzami i wywożą stąd wszystko, co tylko da się wywieźć. Chcą z niego czerpać Amerykanie i Francuzi. Brytyjczycy i Chińczycy. Tylko nikt nie zastanawia się, jak poprawić los tych tysięcy ludzi, którzy żyją w slumsach zbudowanych na tym bogactwie i w nich umierają.</p>
<p>W towarzystwie znajomego księdza rwandyjskiego przejeżdżam obok miejscowego więzienia. Dookoła kobiety rozłożyły swoje stragany. – Tam dalej jest osiedle dla wojskowych – mówi ksiądz Francis. – A te kobiety sprzedają tutaj rzeczy, które pokradli ludziom ich mężowie. – Ksiądz Francis opowiada mi historię żołnierza armii kongijskiej, który niedawno go odwiedził. – Przychodzi do mnie na zakrystię i mówi, że nie ma za co żyć i czy w związku z tym nie mógłbym dać mu 30 dolarów. Dałem, bo wydaje mi się, że trzeba wspierać ten sposób myślenia. Inni przychodzą z karabinami, zabierają pieniądze i człowiek Bogu dziękuje, jeśli nikogo nie zabiją. Ten był na tyle przyzwoity, że poprosił.</p>
<p>Pytam, co będzie, jak przyjdzie następnym razem. Bo przecież przyjdzie, prawda? – Nie wiem, co będzie – odpowiada. – Wiem, że dopóki tacy ludzie jak ten pułkownik nie mają zapewnionego normalnego życia, nie będzie tu bezpieczeństwa i spokoju dla zwykłych ludzi.</p>
<p>Tysiące Kurtzów</p>
<p>Przy okazji wizyty w Gomie wracam do „Jądra ciemności” Conrada, słyszę słowa szeptane przez umierającego Kurtza: „groza, groza”. I zastanawiam się jeszcze raz, o co chodziło Conradowi, gdy pisał historię o szaleńcu, który pojechał do dżungli nieść czarnym wartości europejskiego humanizmu, a skończył jako kanibal wzywający, by „eksterminować dzikusów”. Czy jądro ciemności, o którym pisał Conrad, to wnętrze Afryki z jej potencjałem zła, przemocy, duchowej i materialnej nędzy, w której żyją jej mieszkańcy, czy też pisarzowi chodziło o co innego?</p>
<p>Stereotyp jest prosty: myślę „Afryka” – widzę Hutu zabijających swoje żony z plemienia Tutsi, Bokassę zjadającego ciała swoich ofiar, znarkotyzowanych dziesięcioletnich chłopców z karabinami w ręku mordujących po wsiach Sierra Leone swoich rówieśników, ponad wszelką skalę rozdmuchane ego Mobutu Sese Seko i Idi Amina. Ale przecież Conrad nie mógł o nich pisać, bo ich jeszcze wtedy nie było. Czym zatem było Conradowskie jądro ciemności, czym był koszmar Kurtza?</p>
<p>Pobyt Conrada w Wolnym Państwie Kongo, czyli posiadłości należącej bezpośrednio do ówczesnego króla Belgii Leopolda II, był największą traumą w życiu pisarza, doświadczeniem, które fizycznie o mało go nie zabiło i na wiele lat pogrążyło w dogłębnej depresji. Wizja ludzkości Conrada została skażona na zawsze tym, co zobaczył w Kongu. Jednak to nie „dzicy” budzili tak ponure uczucia w duszy pisarza. Conrad nie mógł znieść widoku stworzonego w imię postępu i ideałów humanizmu systemu, w którym okrucieństwo zostało podniesione przez jego białych właścicieli do rangi wartości naczelnej. Jądro ciemności to nie opis wnętrza Afryki, ale Kurtza, a końcowa „groza” to jego autorski opis stanu własnej duszy wygłoszony w chwili trzeźwości umysłu tuż przed śmiercią.</p>
<p>Conrad opublikował „Jądro ciemności” w 1902 roku, gdy zbrodnie popełniane przez ludzi Leopolda II w Kongu zaczęły wychodzić na światło dzienne. Ponad 100 lat później, obok tysięcy białych i czarnych ludzi dobrej woli bezskutecznie próbujących wydobyć Kongo z nędzy, żyją w nim tysiące Kurtzów, którzy niezależnie od koloru skóry skutecznie spychają kraj w przepaść. Jak rzadko które państwo w Afryce, Kongo ciągle pasuje nam do obrazu Conradowskiej „grozy”. To nie kraj jednak ani miliony zwykłych jego mieszkańców czynią z niego piekło. Oni są ofiarami, a sprawcy pozostają ci sami co za czasów Kurtza: ludzie, dla których chciwość i pogarda dla drugiego są drogowskazem duszy.</p>
<p>Źródło: www.rp.pl</p>
<p>Dariusz Rosiak</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/reportaz/pod-wulkanem/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Radosne rytmy pustyni</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/culture/radosne-rytmy-pustyni</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/culture/radosne-rytmy-pustyni#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 May 2010 14:04:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=886</guid>
		<description><![CDATA[Afrykańska muzyka ma swoją mekkę niedaleko legendarnego miasta Timbuktu na północy Mali. Korespondencja Dariusza Rosiaka Od wieków do Timbuktu zjeżdżali handlarze złota, kości słoniowej i niewolników. Liczące tysiąc lat miasto – niegdyś jedno ze światowych centrów islamu – było także magnesem dla podróżników, gotowych szerzyć brytyjską i francuską cywilizację, oraz dla awanturników. Dziś przyciąga miłośników [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/428019.jpeg"><img class="alignleft size-full wp-image-887" title="428019" src="http://youth4world.com/wp-content/uploads/pl/2010/05/428019.jpeg" alt="" width="246" height="110" /></a>Afrykańska muzyka ma swoją mekkę niedaleko legendarnego miasta Timbuktu na północy Mali. Korespondencja Dariusza Rosiaka</p>
<p style="text-align: left;"><strong><span id="more-886"></span></strong>Od wieków do Timbuktu zjeżdżali handlarze złota, kości słoniowej i niewolników. Liczące tysiąc lat miasto – niegdyś jedno ze światowych centrów islamu – było także magnesem dla podróżników, gotowych szerzyć brytyjską i francuską cywilizację, oraz dla awanturników. Dziś przyciąga miłośników muzyki afrykańskiej, których nie zraża spanie w chłodzie pod namiotem, brak prądu i piach pustyni z każdą godziną pobytu zasypujący wszystko, co masz.</p>
<p>Festival au Desert (Festiwal na pustyni) to największe święto muzyki afrykańskiej. W tym roku, podczas dziesiątej edycji, od 7 do 10 stycznia, gwiazdami są: najsłynniejszy zespół tuareski Tinariwen, Ismael Lo z Senegalu, malijscy artyści – piosenkarz i gitarzysta Habib Koite oraz mistrzyni pieśni wassoulou Oumou Sangare. Centralnym punktem jest koncert ku czci zmarłego przed kilku laty Ali Farka Toure, wielkiego twórcy malijskiego bluesa.</p>
<p>Od początku tygodnia na pustynię, kilka kilometrów na północ od Timbuktu, ściągały karawany terenowych samochodów i wielbłądów. Zwykle festiwal odbywa się znacznie dalej, w oazie Essakane, jednak w tym roku przeniesiono go bliżej miasta ze względu na bezpieczeństwo uczestników.</p>
<p>Mniej gości niż zwykle</p>
<p>Obawy wyrażały władze amerykańskie i brytyjskie, które twierdzą, że Timbuktu i okolice są potencjalnym terenem działania północnej odnogi al Kaidy. W listopadzie pod granicą z Nigrem porwano Francuza, wcześniej ofiarą zamachowców padł Brytyjczyk. Amerykański Departament Stanu wydał zalecenie, by nie podróżować na północ Mali, podobnie zrobiły ambasady Wielkiej Brytanii i Francji, co ograniczyło zainteresowanie festiwalem. Zwykle odwiedza go nawet 10 tysięcy ludzi z Europy, w tym roku są co najwyżej 2 tysiące.</p>
<p>– W Timbuktu i okolicach nigdy nie było żadnego zamachu, to całkowicie bezpieczny i spokojny teren. Odczuwamy zawód z powodu postawy niektórych zachodnich ambasad – mówi &#8220;Rz&#8221; dyrektor festiwalu Manny Asnar. – To jednak nie wpływa na radość z organizacji imprezy oraz obecność wielkich artystów i gości.</p>
<p>Festiwal au Desert jest połączeniem obozu na pustyni, afrykańskiego karnawału oraz pokazu dumy Malijczyków z własnej, odrębnej kultury, zwłaszcza tuareskiej. Koncerty są zwykle dialogiem artystów z publicznością, nie ma sztucznych barier, ochrona interweniuje rzadko. Trwające do rana imprezy są pokazem niespotykanej energii i radości, jaką może dać afrykańska muzyka.</p>
<p>Od lat bywają tu najwięksi artyści, i to nie tylko afrykańscy: Salif Keita, Ali Farka Toure, Oumou Sangare czy Toumani Diabate. W 1993 roku śpiewał tu Robert Plant, teraz przyjechały grupy z Europy, Stanów Zjednoczonych (poruszający koncert dał w czwartek zdobywający coraz większą popularność w USA Harper Simon, syn Paula Simona), a nawet z Nowej Kaledonii.</p>
<p>Jednak to Afrykanie nadają ton muzyce granej na wydmach Sahary. W czwartek wystąpił wirtuoz tradycyjnego instrumentu malijskiego ngoni – Bassekou Kouyate. Hymn festiwalu odśpiewał znakomity malijski muzyk, gitarzysta Habib Koite. Porywający koncert dała grupa Tartit złożona niemal wyłącznie z kobiet (każda miała na sobie z kilogram złota). To pierwszy zespół tuareski, który wystąpił za granicą.</p>
<p>Blues nomadów</p>
<p>Niewątpliwą gwiazdą była słynna grupa Tinariwen (po polsku &#8220;pustynie&#8221;). Utworzona pod koniec lat 70. składa się z nomadów żyjących na północy Mali. Jej założyciele to dzieci tuareskich rebeliantów, którzy w latach 60. prowadzili zbrojne powstanie przeciwko Mali. Gitarzysta i lider zespołu Ibrahim al Alhabib dorastał w obozie uchodźców w Algierii, w latach 80. przeszedł szkolenie wojskowe w Libii, gdzie włączył się w walkę o prawa Tuaregów. Jednocześnie pisał pieśni, które dla rebeliantów stawały się propagandowym wezwaniem do boju. Na początku lat 90. Tuaregowie podpisali porozumienie pokojowe z rządem malijskim i Ibrahim porzucił udział w walce zbrojnej.</p>
<p>W ostatnich latach Tinariwen z sukcesem koncertuje po całym świecie (w ubiegłym roku był m. in. w Polsce) i zbiera wszelkie możliwe nagrody w dziedzinie world music.</p>
<p>Styl Tinariwen można określić jako tuareski blues. Brzmi nieco podobnie do tradycyjnej muzyki z południa USA, jednak Tuaregowie rozwinęli go w izolacji od świata, a źródeł ich muzyki należy szukać gdzieś w sercu zachodniej Afryki, w dorzeczu Nigru, skąd pochodzą najwięksi malijscy artyści. Podstawowym instrumentem wyznaczającym rytm i duszę tej muzyki jest bęben tinde. Monotonię bluesowego rytmu wzbogacają flety, gitary oraz malijskie lutnie. Ponaddwugodzinny nocny koncert, który dali w Timbuktu, wprowadził słuchaczy w trans. Nie zakłóciły go nawet pustynny chłód i niewygody życia.</p>
<p>W miasteczku festiwalowym obowiązują pustynne zasady. Wszystko obywa się bez sztywnego programu. Widzowie i artyści mieszkają w takich samych tuareskich namiotach jak tubylcy, prąd jest albo go nie ma, samochody zakopują się w piasku, przewoźnicy na wielbłądach zdzierają z turystów, ale nikt nie narzeka. Niezwykła muzyka, spotkania z ludźmi z całego świata i niebo nad pustynią z kosmiczną ilością gwiazd wynagradzają wszystko.</p>
<p style="text-align: left;">Źródło: www.rp.pl</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/culture/radosne-rytmy-pustyni/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Indyjski tygiel religijny</title>
		<link>http://pl.youth4world.com/culture/indyjski-tygiel-religijny</link>
		<comments>http://pl.youth4world.com/culture/indyjski-tygiel-religijny#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 May 2010 13:31:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>mdgs_pl</dc:creator>
				<category><![CDATA[kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pl.youth4world.com/?p=883</guid>
		<description><![CDATA[Indie – największa demokracja świata, a także kraj wielu religii, kultur i wyznań, musi sobie poradzić z nie lada wyzwaniami. Spory wynikłe na tle etnicznym czy religijnym, stają się w tym państwie w ostatnim czasie smutną codziennością. Do opinii publicznej przedostają się informacje dotyczące konfliktu między hinduistami a muzułmanami, co „nieporozumienia” w obrębie innych religii, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Indie – największa demokracja świata, a także kraj wielu religii, kultur i wyznań, musi sobie poradzić z nie lada wyzwaniami. Spory wynikłe na tle etnicznym czy religijnym, stają się w tym państwie w ostatnim czasie smutną codziennością. Do opinii publicznej przedostają się informacje dotyczące konfliktu między hinduistami a muzułmanami, co „nieporozumienia” w obrębie innych religii, lokuje na dalszym planie.</p>
<p><span id="more-883"></span>Indie są w ponad 80% zamieszkałe przez Hindusów, kolejne 20% przypada na muzułmanów, chrześcijan, buddystów, sikhów, wyznawców judaizmu i innych. Chrześcijanie to obecnie w Indiach trzecia pod względem wielkości grupa religijna. 24 miliony wyznawców stanowią 2,3% indyjskiego społeczeństwa. Najwięcej problemów chrześcijanie mają na północy kraju, który jest silnie zdominowany przez hinduistów. Szykany wobec chrześcijan przybierają tam m.in. formę zakazu chrztu. Jedno państwo, które stanowi konglomerat tak wielu wyzwań, mimo najszczerszych chęci władz, nie może funkcjonować bez żadnych konfliktów. Konflikty te implikują nie tylko nieporozumienia na tle religijnym, ale również na tle gospodarczym, politycznym, kulturowym czy społecznym.</p>
<p>Na przełomie lutego i marca 2010 roku w indyjskim stanie Pendżab doszło do starć między hinduskimi ekstremistami a mniejszością chrześcijańską. Zamieszki zostały spowodowane przez obraźliwą publikację wizerunku Jezusa Chrystusa. W wyniku starć 10 osób odniosło obrażenia. Największą jednak obrazą dla chrześcijan było podpalenie zboru Armii Zbawienia, co przyczyniło się do zintensyfikowania zamieszek, które udało się stłumić tylko dzięki interwencji lokalnych służb bezpieczeństwa.</p>
<p>Nie musiało minąć wiele czasu, by opinia publiczna usłyszała o kolejnych atakach. Tym razem konflikt, w pierwszej połowie kwietnia br. miał rozegrać się między chrześcijanami a skrajnymi hinduistami. Jak się okazało żadne z liczących się światowych agencji prasowych nie potwierdziły tych doniesień, mówiących o rzekomym spaleniu kilkudziesięciu kościołów i atakach na misjonarzy. Chrześcijanie na całym świecie odetchnęli z ulgą. Nie oznacza to jednak, że zagrożenie nie jest realne, mając w pamięci chociażby ataki sprzed kilku miesięcy.</p>
<p>W ramach partnerstwa strategicznego między Unią Europejską a Indiami oraz prowadzonego dialogu politycznego w rozmaitych dziedzinach, w tym przede wszystkim temacie praw człowieka i ochrony mniejszości, delegacje przedstawicieli Unii niejednokrotnie wizytowały Indie. Mimo ostatniej wizyty na początku 2010 roku i starań lokalnych władz o uznanie faktu, że Indie są tolerancyjnym państwem, w kilku stanach (Orisa, Karantaka) trwały ataki na chrześcijan. Najczęściej dochodziło do profanacji chrześcijańskich świątyń. Obecnie reakcja władz jest wyraźniejsza niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu, kiedy pokutowało przekonanie, że misjonarze chrześcijańscy pojawili się w Indiach jedynie po to, by nawracać Hindusów na swoją wiarę.</p>
<p>Aby rozwiązać ten swoisty węzeł gordyjski niezbędne są zdecydowane działania władz, które doprowadzą do zakończenia prześladowań religii mniejszościowych w Indiach. Państwo to chce być uznawane za tolerancyjne i przestrzegające praw człowieka. Powinno więc dążyć do tego, aby społeczność międzynarodowa za takie je uznała. W przeciwnym bowiem razie ten tygiel narodowościowy i religijny może eksplodować kolejnym konfliktem w najmniej spodziewanym momencie.</p>
<p>Źródło: www.psz.pl</p>
<p>Alicja Tomaszczyk</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pl.youth4world.com/culture/indyjski-tygiel-religijny/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
